sobota, 26 września 2015

Nie wszystko co robię jest słuszne

... Taka refleksja towarzyszy mi dzisiejszego dnia. Po przepełnionym pracą i ekscytacją tygodniu czas na odrobinę refleksji nad sobą i innymi. Jednak świadomość własnych wad to jedno. Trzeba je zaakceptować — uznać je za część siebie (mówiąc językiem psychologii, odróżnić ja realne od ja idealnego). Z akceptacją nie należy jednak przesadzać. Nasze wady są nasze, jednak to nadal wady nad którymi trzeba popracować. I tutaj punkt trzeci — świadomość tego, że trzeba coś zmienić. Następnie czas zacząć pracę nad sobą, po ewentualnym ustaleniu planu działania. Wychodzę z założenia, że człowiek zdeterminowany da radę dokonać niemal wszystkiego, niekoniecznie sam. 
Po tym psychologicznym wstępie przejdźmy do wiersza. Z powodu rąk i głowy pełnych roboty znowu czerpię z archiwum. Tym razem sięgnęłam do tego "stacjonarnego", umiejscowionego w mojej szafie na papiery wszelakie (można tam zapewne znaleźć nawet papierki po cukierkach). Prawdę powiedziawszy, wiersz zdaje się nawiązywać do Księgi Hioba, którą obecnie omawiamy na języku polskim. Co ciekawe, tę księgę w całości przeczytałam dopiero kilka dni temu, a wiersz ma nieco ponad rok (szacowane na podstawie charakteru pisma, oraz języku i tematyce samego wiersza) i odnosił się do mojego nastroju i sytuacji, w jakiej się wtedy znalazłam. 



Wiatr może złamać drzewo,
Wyrwać z gruntu jego korzenie,
Grzech zaś może oddalić niebo
I pod stopami spękać ziemię

Co zrobić, jeżeli bez winy
Grunt spod nóg się nam osuwa?
Czy na nowo roztrząsać swe czyny
I fałszywych oskarżycieli słuchać?

Są tacy, co wierzą, że potępiony
Ten, komu wiatr kudły szarpie;
Idąc tym tropem, w ręce mamony
Bez wątpienia wkrótce trafię. 

sobota, 19 września 2015

Czas powstać z cienia

Od razu się przyznam że tak, od paru dni chodzi mi po głowie powstanie wielkopolskie. To, co wybuchło 27 grudnia 1918 roku. W kulturze nie znalazłam za wiele nawiązań do tego wydarzenia. To mogło się skończyć w tylko jeden sposób. 



Zapał który mamy we krwi
Łączy się z dokładnością przekazaną w genach,
Głos Paderewskiego nam w uszach brzmi:
Wielkopolsko, czas powstać z cienia!

Czyż nie dość nas niemczył Prusak zły,
Czy nie dość katował bez sumienia?
Lecz pokonać nie daliśmy się my:
Wielkopolsko, czas powstać z cienia!

Już krzykiem polskim brzmi nasza ziemia,
Prusaków wypędza armat naszych huk,
Nasza Wielkopolska już powstała z cienia,
Słychać śpiew: Tak nam dopomóż Bóg!

sobota, 12 września 2015

Marzy mi się gigant

Kto zna mnie choć trochę wie, jaka ze mnie nieuporządkowana osoba. Ciężko mi usiedzieć w jednym miejscu i robić to samo. Dlatego naprawdę kiepsko się czuję, przez kilka godzin siedząc, słuchając i notując. Nie nudzi mnie to, ale ciągnie mnie w wielki świat, dlatego...
Dlatego zamieszczam wiersz napisany w wakacje. Dodam tylko, że dotyczy on tych "prawdziwych cyganów", których dziś "już nie ma".



Wóz cygański przemierza świat,
Wam, cyganom, wciąż śpiewa wiatr,
Was, cyganów, omija czas, 
Mili cyganie, odwiedźcie nas!

Wy, cyganie, kolorowy tłum,
Starych jodeł nad głową szum,
Wy, cyganie, znów Bóg wie, gdzie,
Ach, wy cyganie, odwiedźcie mnie!

Nocne niebo jest domem gwiazd,
Domem cyganów — zielony las,
Czasem idę w majowy gaj,
Wozie cygański, ty do mnie gnaj!

Mili cyganie, ja do was chcę!
Mili cyganie, zabierzcie mnie,
Wozem cygańskim przez dziki las
Będę wędrować, gdzie stanął czas. 

sobota, 5 września 2015

Trzeba wstawać wcześnie rano

No i stało się. Pierwszy tydzień w nowej szkole za mną. Jeszcze nigdy nie czułam się w placówce edukacyjnej tak cudownie. Zachwycam się wszystkim czym tylko się da, a nawet tym, co nie spodobałoby się chyba nikomu o zdrowych zmysłach. No, ale ja tak czasami po prostu mam. Trwaj, chwilo.
Niestety, ze względu na ogrom wrażeń, nie napisałam nic nowego, zatem czas wrócić do sprawdzonego systemu "odświeżania" starszych utworów. Wybrałam traktujący o chyba ulubionym przez wszystkich (poza sprawdzianami i licznymi kartkówkami, rzecz jasna) elemencie roku szkolnego, wczesnym wstawaniu. Nie jest to oczywiście oda pochwalna do zrywania się z łóżka przed słonkiem, raczej mała anegdotka z poprzedniego roku szkolnego. Któż nie kocha tego uczucia, gdy człowiek się budzi, patrzy, ciemno, zerka na zegarek: czwarta sześć? Mam nadzieję, że dobrze oddałam zaspanie podmiotu lirycznego, który, w przeciwieństwie do mnie, miał to szczęście że była sobota...
Aha, jeszcze jeden szczegół. Od tego posta zmieniam kolor tekstu na bardziej jesienny, jako, iż poprzednie barwy mi się znudziły. Skoro o nich mowa, czas w końcu nadrobić formatowanie poprzednich postów, wstawianych z telefonu.



Obudził mnie w nocy 
Ki diabeł? Ki licho? 
Ale się nie droczy, 
Cicho, cicho... 

Wysuwam stopę spod kołdry, 
Wyszukuję podłogę... 
Na nic wszystkie modły – 
Mogę? Nie mogę? 

A z lustra coś zęby szczerzy, 
O rety! Ja się boję! 
Te stada dzikich zwierzy! 
Odbicie moje? Nie moje! 

A rury żałośnie piszczą, 
A jedna jak kur już pieje! 
Żegnam się z nocy ciszą: 
Bo dnieje? Nie dnieje? 

Zapach chleba przez okno 
Na gwałt się wciska, 
Wolno mu, czy nie wolno? 
I gdzie są igrzyska? 

Wracam już, jak niepyszna, 
Skradam, podobna do kota 
I w kołdrze znikam jak myszka... 
Sobota? Nie sobota?