Niestety, ze względu na ogrom wrażeń, nie napisałam nic nowego, zatem czas wrócić do sprawdzonego systemu "odświeżania" starszych utworów. Wybrałam traktujący o chyba ulubionym przez wszystkich (poza sprawdzianami i licznymi kartkówkami, rzecz jasna) elemencie roku szkolnego, wczesnym wstawaniu. Nie jest to oczywiście oda pochwalna do zrywania się z łóżka przed słonkiem, raczej mała anegdotka z poprzedniego roku szkolnego. Któż nie kocha tego uczucia, gdy człowiek się budzi, patrzy, ciemno, zerka na zegarek: czwarta sześć? Mam nadzieję, że dobrze oddałam zaspanie podmiotu lirycznego, który, w przeciwieństwie do mnie, miał to szczęście że była sobota...
Aha, jeszcze jeden szczegół. Od tego posta zmieniam kolor tekstu na bardziej jesienny, jako, iż poprzednie barwy mi się znudziły. Skoro o nich mowa, czas w końcu nadrobić formatowanie poprzednich postów, wstawianych z telefonu.
Obudził mnie w nocy
Ki diabeł? Ki licho?
Ale się nie droczy,
Cicho, cicho...
Wysuwam stopę spod kołdry,
Wyszukuję podłogę...
Na nic wszystkie modły –
Mogę? Nie mogę?
A z lustra coś zęby szczerzy,
O rety! Ja się boję!
Te stada dzikich zwierzy!
Odbicie moje? Nie moje!
A rury żałośnie piszczą,
A jedna jak kur już pieje!
Żegnam się z nocy ciszą:
Bo dnieje? Nie dnieje?
Zapach chleba przez okno
Na gwałt się wciska,
Wolno mu, czy nie wolno?
I gdzie są igrzyska?
Wracam już, jak niepyszna,
Skradam, podobna do kota
I w kołdrze znikam jak myszka...
Sobota? Nie sobota?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz