sobota, 5 września 2015

Trzeba wstawać wcześnie rano

No i stało się. Pierwszy tydzień w nowej szkole za mną. Jeszcze nigdy nie czułam się w placówce edukacyjnej tak cudownie. Zachwycam się wszystkim czym tylko się da, a nawet tym, co nie spodobałoby się chyba nikomu o zdrowych zmysłach. No, ale ja tak czasami po prostu mam. Trwaj, chwilo.
Niestety, ze względu na ogrom wrażeń, nie napisałam nic nowego, zatem czas wrócić do sprawdzonego systemu "odświeżania" starszych utworów. Wybrałam traktujący o chyba ulubionym przez wszystkich (poza sprawdzianami i licznymi kartkówkami, rzecz jasna) elemencie roku szkolnego, wczesnym wstawaniu. Nie jest to oczywiście oda pochwalna do zrywania się z łóżka przed słonkiem, raczej mała anegdotka z poprzedniego roku szkolnego. Któż nie kocha tego uczucia, gdy człowiek się budzi, patrzy, ciemno, zerka na zegarek: czwarta sześć? Mam nadzieję, że dobrze oddałam zaspanie podmiotu lirycznego, który, w przeciwieństwie do mnie, miał to szczęście że była sobota...
Aha, jeszcze jeden szczegół. Od tego posta zmieniam kolor tekstu na bardziej jesienny, jako, iż poprzednie barwy mi się znudziły. Skoro o nich mowa, czas w końcu nadrobić formatowanie poprzednich postów, wstawianych z telefonu.



Obudził mnie w nocy 
Ki diabeł? Ki licho? 
Ale się nie droczy, 
Cicho, cicho... 

Wysuwam stopę spod kołdry, 
Wyszukuję podłogę... 
Na nic wszystkie modły – 
Mogę? Nie mogę? 

A z lustra coś zęby szczerzy, 
O rety! Ja się boję! 
Te stada dzikich zwierzy! 
Odbicie moje? Nie moje! 

A rury żałośnie piszczą, 
A jedna jak kur już pieje! 
Żegnam się z nocy ciszą: 
Bo dnieje? Nie dnieje? 

Zapach chleba przez okno 
Na gwałt się wciska, 
Wolno mu, czy nie wolno? 
I gdzie są igrzyska? 

Wracam już, jak niepyszna, 
Skradam, podobna do kota 
I w kołdrze znikam jak myszka... 
Sobota? Nie sobota?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz