Tematyka może niezbyt wesoła, aczkolwiek to już wszystko wina szkoły - na języku polskim obecnie omawiamy średniowieczne motywy związane ze śmiercią. Wśród ilustracji w podręczniku znalazł się fragment fresku z kościoła św. Mikołaja w Tallinnie, przedstawiającego właśnie taniec śmierci. I ten fresk zainspirował mnie do napisania wiersza. Znowu mierzyłam w styl Jacka Kaczmiarskiego. Jak bardzo chybiłam - to już ocenicie Wy.
Dawno nie żyje, a jeszcze się szczerzy,
Szkielet porywa do tańca rycerzy,
Damy, paziowie, nawet król tańczy,
W tańcu już wszyscy ziemi mieszkańcy.
Rubaszna nagość nie peszy nikogo.
Lud wszystkich stanów pojawił się mnogo,
Na twarzach jeden grymas przerażenia;
Z ziemi powstali, pochłonie ich ziemia.
Kości o kości i krew z moich kości,
Sam arcybiskup na balu zagościł.
Jeszcze się wzbrania, ściskając pastorał.
Wnet i on będzie z wszystkimi tańcował.
Cały tłum tańczy, szkielet dmucha w dudy,
Cóż wobec tego znaczą życia trudy?
Korowód przejdzie ponad podziałami,
Wkrótce wy wszyscy zatańczycie z nami!
Wkrótce wy wszyscy zatańczycie z nami!
Na początku byli dziewczyna i wen. Dziewczyna nie różniła się od miliona innych dziewczyn, zaś wen przypominał milion innych wenów. Pewnego razu jednak, za pomocą najzwyklejszego w świecie pióra, dziewczyna oswoiła wena. Wtedy stali się dla siebie jedyni na świecie, a dziewczyna została poetką. Od tego dnia stała się też za swojego wena odpowiedzialna. Co jakiś czas zmusza go do pracy, której owocami są wiersze i nie tylko.
sobota, 27 lutego 2016
sobota, 20 lutego 2016
Mona Lisa
Ten wiersz, którym dziś postanowiłam się pochwalić, powstał wczoraj. Tak się złożyło, że na ostatniej lekcji (nie był to polski, tylko kultura i literatura europejska - przedmiot uzupełniający) omawialiśmy rodzaje ekfrazy. Po lekcji zapytałam nauczycielkę, czy istnieje jakaś nazwa na przypadek, kiedy utwór literacki omawia dzieło plastyczne z perspektywy autora. W trakcie rozmowy i rozważania różnych sytuacji nauczycielka powiedziała, że musiałaby mieć przykład. I mniej więcej w tym właśnie momencie Wen dał o sobie znać. Usiadłam na korytarzu i zaczęłam pisać. Niestety, nauczycielka miała lekcję z inną klasą i nie mogłam jej pokazać swojego dzieła.
Obrazem, który siedział mi w głowie i który postanowiłam opisać, była "Mona Lisa" Leonarda da Vinci. Innym obrazem, peryfrazy którego chciałabym się podjąć, jest "Krzyk" Edvarda Muncha. Co prawda w mistrzowski sposób zrobił to już Jacek Kaczmarski, ale ja mam na to zupełnie inny pomysł - zarówno na formę, jak i myśl przewodnią - w obu przypadkach zupełnie niemistrzowski. Jeśli zaś chodzi o rytm w tym wierszu, znowu nie zwracałam na niego zbyt wielkiej uwagi. To znaczy, zwracałam uwagę na to, by brzmiał (przynajmniej w moim odczuciu) naturalnie i niewymuszenie.
Gdy malował usta na podobieństwo ust jej,
Ręka malarza delikatnie drżała,
Bo znał dobrze ust tych smak
I zapach jej jasnego ciała.
Uśmiech jej był jak zawsze dwuznaczny,
Jakby znała każdą myśl malarza;
Taki uśmiech mógł namalować tylko raz,
Choć szukał go na wielu twarzach.
Może to skromność, a może zachęta,
Lecz oczy zwróciła gdzieś tam, gdzieś w bok,
Nie umiał zgadnąć, o czym myślała
Gdy malując, próbował uchwycić jej wzrok.
Włosy opadały na plecy prawie jak welon,
A on żałował, że nie ujrzy go białego.
Dłoń zacisnęła na rękawie sukni,
Zachęcając - on wiedział, do czego.
Ale to nie jego zamieszkiwała pokoje,
Nie pójdą drogą namalowaną w tle;
Gdy on skończy dzieło życia swoje,
Ona odejdzie - i on o tym wie.
niedziela, 14 lutego 2016
Dziękuję Wam
I tak oto nastał ten dzień. Pierwszy post na moim blogu pojawił się równo rok temu. Jednak blog by nie działał tak długo gdyby nie Wy, dlatego z tego miejsca chciałabym Wam najserdeczniej podziękować, kochani Czytelnicy. Dziękuję Wam za wsparcie, ciepłe słowa i za to, że po prostu jesteście.
Sam blog był na początku kolejną zachcianką, ale gdy ktoś zaczął to czytać, zaczęłam traktować tę zachciankę poważnie. I tak oto piszę już osiemdziesiąty pierwszy post, a łączna ilość wyświetleń przekroczyła 1700. Z resztą, sami zobaczcie.
Poza tym, dotarłam też poza granice naszego państwa.
A tu najbardziej poczytne wiersze.
Jeszcze raz: dziękuję!
Coraz mniej znaczą słowa,
Ale to wszystko nic,
Wciąż jesteśmy my.
Miłość tanią rozrywką jest,
Tego samego dnia świt i kres,
Ale to wszystko nic,
Wciąż jesteśmy my.
Jaka granica piękna i kiczu,
Które z nich rządzi w dzisiejszym życiu?
Ale to wszystko nic,
Wciąż jesteśmy my.
I chociaż zło płonie jak Rzym,
Wciąż jest możliwe wygrać z nim,
Bo całe zło świata to nic,
Póki jesteśmy tutaj my!
sobota, 13 lutego 2016
Już jutro
Być może to głupie, ale cieszę się na rocznicę mojego bloga jak dziecko na Mikołajki. Wciąż nie wierzę, że mi się udało wytrwać w tym aż rok! Oczywiście, z tej okazji wypada przygotować coś specjalnego. Ale na Dodatek Specjalny, drodzy Czytelnicy, będziecie musieli poczekać do jutra.
Tymczasem dzisiaj po raz kolejny mam poetycką blokadę (jednym słowem: weny brak) i czuję się jak wtedy, gdy dzień przed występem z chórem bolało mnie gardło. Ale na obie te przypadłości mam swoje sposoby! Tym razem skorzystałam z tego, który kiedyś poleciłam koleżance z blokadą pisarską — napisać coś na temat jakiegoś przedmiotu ze swojego otoczenia. Koleżance zaproponowałam opis drzwi jej pokoju, a sobie dzisiaj — wiersz na temat pudełka na listy. Co prawda historia, która przyszła mi do głowy ma się nijak do moich własnych listów (wśród których, stety-niestety, nie ma ani jednego miłosnego), ale przynajmniej jest choć trochę walntynkowo (nie ręczę za tematykę jutrzejszego Dodatku Specjalnego). Pisałam tercyną, fascynację którą przeżywam od nauki na kartkówkę z polskiego.
W sumie, nie wiem, o czym marzę
Gdy, czytając zatarte wyznania,
Próbuję sobie przypomnieć twarze.
Przez lata było, to fakt, wiele pisania,
Każde pismo znam niemal na pamięć,
Każda litera czyjąś duszę odsłania.
Może trochę się tym ranię,
Lecz lubię chyba wracać do tego,
Czego odzyskać nie byłabym w stanie.
Pewnego dnia spalę listy od niego,
Lecz dziś, czytając słodkie słowa,
Nie jestem w stanie zniszczyć żadnego.
On dawno na dno szafy schował
List skropiony słodką perfumą,
Wiem, że otwarcia go żałował.
To nic, to ja uniosłam się dumą
I już wkrótce oświetlę sobie drogę
Twoich rękopisów jasną łuną.
sobota, 6 lutego 2016
Jakiś wiersz, czyli jak nabawić się kompleksów w kwadrans
Już w przyszłą niedzielę minie dokładnie rok, odkąd moja blogerska przygoda rozpoczęła się tak na poważnie. Oczywiście, rok to nie jest jakiś bardzo długi okres, ale dla kogoś mającego pięć pomysłów na sekundę (i to takich, które koniecznie muszę wprowadzić w trybie natychmiastowym), wytrwanie przy czymś rok to naprawdę spore osiągnięcie. No, ale o tym rozpiszę się we właściwą rocznicę.
Dzisiaj przejdźmy do wiersza. W sumie, to nie wiem, co o nim napisać, poza tym, że może się wydać trochę depresyjny... Nie tak miał wyglądać, jednak często gdy kończę pisać, wychodzi coś zupełnie innego, niż chciałam spłodzić gdy brałam do ręki długopis. Planowałam wprowadzić nastrój zadumy, w drugiej strofie ex machina pojawił się jakiś taki bunt, a potem, w trzeciej, zrobiło mi się trochę smutno (tym razem powód był oczywisty - zaczęłam słuchać piosenek intrygującego zespołu o nazwie Lor, który naprawdę polecam - tekst i melodia są niesamowicie głębokie, aż mnie trochę bierze zazdrość. Bardzo podoba mi się też aranżacja (wokalowi towarzyszą jedynie skrzypce i fortepian), oraz samo wykonanie, zwłaszcza wokal. Piosenki można znaleźć na youtube), który to nastrój, nieumyślnie przeniesiony do wiersza i pogłębiony w czwartej strofie, postarałam się nieco "naprostować" w ostatniej. Bezskutecznie. Tak czy siak, środkowe strofy można potraktować jako pseudo strumień świadomości lub nawet zupełnie pominąć. Linia fabularna utworu na tym nie ucierpi, za to zyska zdrowie psychiczne Czytelników. To tyle, jeśli chodzi o moją próbę nadania sensu temu wierszowi, czas mi pójść do kącika i pogłębić swoje twórcze kompleksy, dalej słuchając piosenek Loru...
Na falach żółte żaglowce,
Ja wciąż zwiedzam manowce.
Świat rumieni się świtem.
A ja donikąd idę.
Jednego mogę być pewna,
Żadna tam ze mnie królewna.
Nie jestem też Julią na balkonie,
Już wyzdychały białe konie.
Czasami jest tylko cisza,
Byt się jak słońce zniża.
Zostaną tylko kości,
A i to jedynie z konieczności?
Cisza obmywa jak przypływ stopy,
Cisza zmywa jak potopy.
Ze szczytu zobaczysz ludzkie kości,
Inaczej rozpłyniesz się w nicości.
Tak coś w mojej duszy śpiewa,
Gdy w drodze słucham szumu drzewa.
Cóż... Droga biegnie w przód,
Kończąc się wśród mar i złud.
Dzisiaj przejdźmy do wiersza. W sumie, to nie wiem, co o nim napisać, poza tym, że może się wydać trochę depresyjny... Nie tak miał wyglądać, jednak często gdy kończę pisać, wychodzi coś zupełnie innego, niż chciałam spłodzić gdy brałam do ręki długopis. Planowałam wprowadzić nastrój zadumy, w drugiej strofie ex machina pojawił się jakiś taki bunt, a potem, w trzeciej, zrobiło mi się trochę smutno (tym razem powód był oczywisty - zaczęłam słuchać piosenek intrygującego zespołu o nazwie Lor, który naprawdę polecam - tekst i melodia są niesamowicie głębokie, aż mnie trochę bierze zazdrość. Bardzo podoba mi się też aranżacja (wokalowi towarzyszą jedynie skrzypce i fortepian), oraz samo wykonanie, zwłaszcza wokal. Piosenki można znaleźć na youtube), który to nastrój, nieumyślnie przeniesiony do wiersza i pogłębiony w czwartej strofie, postarałam się nieco "naprostować" w ostatniej. Bezskutecznie. Tak czy siak, środkowe strofy można potraktować jako pseudo strumień świadomości lub nawet zupełnie pominąć. Linia fabularna utworu na tym nie ucierpi, za to zyska zdrowie psychiczne Czytelników. To tyle, jeśli chodzi o moją próbę nadania sensu temu wierszowi, czas mi pójść do kącika i pogłębić swoje twórcze kompleksy, dalej słuchając piosenek Loru...
Na falach żółte żaglowce,
Ja wciąż zwiedzam manowce.
Świat rumieni się świtem.
A ja donikąd idę.
Jednego mogę być pewna,
Żadna tam ze mnie królewna.
Nie jestem też Julią na balkonie,
Już wyzdychały białe konie.
Czasami jest tylko cisza,
Byt się jak słońce zniża.
Zostaną tylko kości,
A i to jedynie z konieczności?
Cisza obmywa jak przypływ stopy,
Cisza zmywa jak potopy.
Ze szczytu zobaczysz ludzkie kości,
Inaczej rozpłyniesz się w nicości.
Tak coś w mojej duszy śpiewa,
Gdy w drodze słucham szumu drzewa.
Cóż... Droga biegnie w przód,
Kończąc się wśród mar i złud.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


