środa, 29 lipca 2015

Murder ballads

Ostatniej nocy nie mogłam zasnąć. Do tego stopnia, że o trzeciej nad ranem zabrałam się za pisanie wierszy. Napisałam aż dwa, ale dziś zaprezentuję tylko jeden. W końcu muszę mieć coś na sobotę.
Inspirowałam się tak zwanymi murder ballads, utworami opowiadającymi o zbrodni, najczęściej popełnioną przez podmiot liryczny. Z tym gatunkiem, powstałym w średniowieczu, zapoznałam się słuchając albumu Nicka Cave'a and The Bad Seed o tytule właśnie "Murder Ballads". Tę właśnie płytę przypomniałam sobie gdy leżałam w bardzo złym nastroju i nie mogłam zasnąć. A już jakiś czas temu chciałam napisać swoją własną balladę mordercy...



Deszcz cicho stuka o okna,
Łza cicho zrasza mi twarz,
Zawsze już będę samotna?
Czy Ty uczucie to znasz?

Deszcz cicho stuka o liście,
A wiatr zawodzi wśród drzew.
Zbierałeś serca na kiście,
Zostawał sam ból i gniew. 

Wino wciąż błyska w kielichu,
A obok tuż błyszczy nóż. 
Złamałeś Ty serc bez liku,
Bo w Twoim mieszkał już tchórz.

Pewnie nie jesteś więc w niebie,
Choć Cię też spotkało zło;
A ja piszę list do Ciebie
I piszę go Twoją krwią. 

sobota, 25 lipca 2015

Ameba w Nowym Jorku

Gdy uciekałam znad wody przez straszliwą wichurą, burzowymi chmurami i coraz głośniejszymi grzmotami, uświadomiłam sobie, jak człowiek jest bezbronny wobec sił natury. Niby obserwujemy planety odległe od nas o setki lat świetlnych, niby budujemy naprawdę imponujące budowle, niby "teleportacja" materii też jest już jest w naszym zasięgu. Tempo postępu nauki i technologii jest oszałamiające. Mimo wszystko, w skali kosmicznej ludzkość jest jak malutka ameba w Nowym Jorku.



Lubi się człowiek puszyć swoją siłą,
Lubi pokazać jak wszystkim włada,
Od niebios samych po psa sąsiada,
I chce by po jego myśli było. 

Umysł, co morskie fale ujeździł,
Potężną przeciw światu jest władzą,
Którego wszyscy ludzie się radzą,
Taką jest wielką skarbnicą wiedzy. 

Spryt, co wielu z kłopotów ratował,
Który wymyślne tworzy fortele,
Który dróg wyjścia wskazał tak wiele —
Nim właśnie szczyci się ludzki rodzaj. 

Jednak na próżno ogień w butelce
Zamknął, na próżno budowy wielkie
I próżno utrwalić ciało pięknie,
Ślad z nich zostanie jak po muszelce:

Sił natury poskromić się nie da,
Była przed nami i będzie po nas,
Kiedy już pychę naszą pokona,
Bo mali my dla niej niczym ameba. 

sobota, 18 lipca 2015

Rozmyślania nad brzegiem morza

Oprócz pisania wierszy, bardzo lubię też rozmyślać o różnych rzeczach. Wczoraj, podczas spaceru brzegiem morza, zaczęłam się zastanawiać nad ludźmi. O tym, że nasze ciało i umysł są na swój sposób ograniczone. Jakby tego mało, sami tworzymy sobie nowe ograniczenia, zazwyczaj pożyteczne, lecz jednak ograniczenia. Jest w tym coś pięknego, ale i przygnębiającego. Oprócz tego, lubimy mieć nad czymś kontrolę. I lubimy mieć coś, co jest oswojone. Postanowiłam napisać w najbardziej pasującej do tego formie. 



Chcemy oswajać
I lubimy posiadać,
Ale jesteśmy
Wszyscy ograniczeni. 
Morze wyrzuca 
Morskie trawy na brzegi,
Słońce zachodzi,
Ludzie zbierają trawy. 
Ja nie wiem, po co. 
Ludzie lubią posiadać,
Chcą być panami. 
Spójrz, otoczyli plażę,
Jak warowny fort,
Różnymi budynkami. 
Dzisiaj, w erze wolności,
Brak prawdziwej wolności. 
Wszyscy ograniczeni. 

sobota, 11 lipca 2015

Korowody

Od kilku godzin jestem w Grecji. Jak się okazało, w hotelu mamy internet, zatem mogę spokojnie czynić swoją powinność. 
Dzisiaj znowu inspiracje. Tym razem nie tyle poetą czy epoką, a konkretnym utworem. Oczywiście, chodzi o "Korowód" Marka Grechuty. Piosenkę tę usłyszałam pewnego dnia w radiu. Potem często słuchałam jej i analizowałam tekst. W końcu postanowiłam napisać coś, co prezentuję poniżej. Od biedy da się zaśpiewać



Czy wiesz, kto pierwszy skłamał,
A kto mógł mówić prawdę?
Kto pierwszy wrócił w ranach,
A kto miał dobrą tarczę?
Kto nocą wzniecił płomień,
Kto w pożarze zginął?
Kto widząc okrucieństwo
W zachwycie krzyknął: kino!

Siedzisz na gałęzi,
Jesteś taki młody,
Wciąż zaciskasz pięści
Widząc korowody,
Nie odrywasz wzroku,
Mnogość ich cię trwoży,
A każdego roku
Przybywają nowi. 

Kto pierwszy tłum poruszył,
Kto spisał konstytucję?
Czy ktoś pozostał głuchy,
Czy wspierał rewolucje?
Kto pierwszy pragnął wojny,
A kto był za pokojem?
A kto nie był spokojny,
Nim władzy nie miał swojej. 

Kto pierwszy był poetą,
Kto pierwszy został wieszczem?
A kogo w te pokoje
Nie zaproszono jeszcze?
I jak by świat wyglądał
Widziany oczami dziecka?
Czy też byłaby wojna,
Czy zmysłów ucieczka?

Siedzisz na gałęzi,
Jesteś taki młody,
Wciąż zaciskasz pięści
Widząc korowody,
Nie odrywasz wzroku,
Mnogość ich cię trwoży,
A każdego roku
Przybywają nowi. 

piątek, 10 lipca 2015

Radość życia

Zaraz dożyję tysięcznego wejścia na swojego bloga. Niby to niewiele, ale i tak — nie do wiary! W ciągu niecałych sześciu miesięcy mój blog gdzieś na świecie został wyświetlony tyle razy! Udało mi się, jak mam nadzieję, zdobyć grono czytelników w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Dziękuję. 
Z tej okazji dzisiaj nawet radosny wiersz, napisany któregoś jesiennego popołudnia w drodze na przystanek. Opowiada on o czerpaniu radości z drobnostek jak opadły liść i kałuża, a także o pewnym dniu, moich przeżyciach i przemyśleniach. Skąd (tytułowa, nawiasem mówiąc) wariatka? Ktokolwiek mnie tego dnia widział, niemal na pewno tak o mnie pomyślał. I nie ma w tym nic złego — podobno "tylko wariaci są coś warci".




Wariatka
Śmieje się do deszczu
Samotnej kropli
Widzi uśmiech Boga w kole
I Jego uśmiech w kwadracie
Jesienny liść podnosi z czułością
I umieszcza za uchem na wzór
Tropikalnego kwiatu

Wariatka śpiewa
Do melodii hamulców
I dzwonów tramwajów
Idąc samotnie miastem
Pod płaczącym niebem
Śmieje się do niego
I szepce mu wiersze na dobranoc

Wariatka bawi się szarością
Jak bawi się Bóg
Patrząc na nią z żeliwnej chmury
Jak zatrzymuje się nad kałużą
By móc Go odkryć
Przyłapać
Na podglądaniu żyjących

Wariatka uśmiecha się
Serdecznie nadstawiając policzek
I wyciągając rękę
Ze stokrotką zwiędłą
Podszytą różem i wstydem
Swej niepewności

Wariatka zachwyca się polnym kamieniem
Przytula drzewo
Wesoła jak hiena
Pozdrawia zmarłych bo wie
Że oni żyją
I że dziwią się cmentarzom
Pełnym smutku
Samotności

Ale czasem płacze
I rozumie skąd wzięła się samotność
Rozumie że przynieśli ją ludzie


Tylko nie wie po co.

wtorek, 7 lipca 2015

Wzdycham, bo wyjeżdżam

Dlaczego akurat we wtorek o wpółdo pierwszej? Powody są dwa. Po pierwsze, wen chyba wreszcie się obudził i stworzył coś co bardzo mi się podoba. I to tak, że chcę się tym pochwalić teraz, zaraz. Oprócz tego już teraz muszę poinformować Was o tym, że od piątku przez kolejne dwa tygodnie wybywam za granicę. Są wakacje, co sobie będę żałować. Nie mam jedynie pewności co do internetu w kwaterze, toteż może się zdarzyć że na ten czas po prostu zniknę. Zaś przed tym czeka mnie ostatnia prosta okołorekrutacyjnego szału oraz Armagedon związany z pakowaniem. Niestety. 


Cicho. Spokojnie. Swoim oddechem
Grzeją powietrze płonące grzechem. 
Cicho. Spokojnie. Śpią, przytuleni,
Nie widząc teraz teatru cieni. 
Cicho. Spokojnie. Usta czerwone
Cicho westchnęły znów, rozchylone. 
Cicho. Spokojnie. Miasto za oknem,
Oni, choć razem — każde samotne. 

sobota, 4 lipca 2015

Napiszę...

Uch, jak gorąco, uff, jak gorąco! Jakimś cudem jeszcze żyję i nawet jestem w stanie pisać. Dziś na obiad świeże mięsko, jeszcze z tego tygodnia. Znowu mnie wzięło na tęsknotę i liryczność... Taki wen, co poradzić. Wiersz to alegoria życia poety, nierzadko piszącego o czym, czego nie zna lub nie rozumie. Ze mną tak jest. Na przykład nie zaznałam wojny, szczęśliwa, a jednak wiele o niej już napisałam i pewnie jeszcze napiszę.



Napiszę o wolności pieśń,
Nie znając jej bardziej niż za pierwszym razem,
A gdy ktoś pozna tej pieśni treść,
Stanie przed ślepego malarza obrazem.

Napiszę pieśń o gwiazdach,
Nie widząc ich przez gęste, ciemne chmury,
Zbyt jasne są teraz światła miasta,
Zbyt wysokie wieży Babel mury.

Jedynie o szczęściu nie chcę pisać,
Choć to wydaje się takie proste;
Tu ujawnia się w moim sercu rysa,
Bo o to jedno jest ono zazdrosne.