Z tej okazji dzisiaj nawet radosny wiersz, napisany któregoś jesiennego popołudnia w drodze na przystanek. Opowiada on o czerpaniu radości z drobnostek jak opadły liść i kałuża, a także o pewnym dniu, moich przeżyciach i przemyśleniach. Skąd (tytułowa, nawiasem mówiąc) wariatka? Ktokolwiek mnie tego dnia widział, niemal na pewno tak o mnie pomyślał. I nie ma w tym nic złego — podobno "tylko wariaci są coś warci".
Wariatka
Śmieje się do deszczu
Samotnej kropli
Widzi uśmiech Boga w kole
I Jego uśmiech w kwadracie
Jesienny liść podnosi z czułością
I umieszcza za uchem na wzór
Tropikalnego kwiatu
Wariatka śpiewa
Do melodii hamulców
I dzwonów tramwajów
Idąc samotnie miastem
Pod płaczącym niebem
Śmieje się do niego
I szepce mu wiersze na dobranoc
Wariatka bawi się szarością
Jak bawi się Bóg
Patrząc na nią z żeliwnej chmury
Jak zatrzymuje się nad kałużą
By móc Go odkryć
Przyłapać
Na podglądaniu żyjących
Wariatka uśmiecha się
Serdecznie nadstawiając policzek
I wyciągając rękę
Ze stokrotką zwiędłą
Podszytą różem i wstydem
Swej niepewności
Wariatka zachwyca się polnym kamieniem
Przytula drzewo
Wesoła jak hiena
Pozdrawia zmarłych bo wie
Że oni żyją
I że dziwią się cmentarzom
Pełnym smutku
Samotności
Ale czasem płacze
I rozumie skąd wzięła się samotność
Rozumie że przynieśli ją ludzie
Tylko nie wie po co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz