Dzisiaj dość krótki wiersz, znowu z tych o wojnie, walce, et cetera, ale za to bez dramatyzmu, bez krwi, śmierci i rozpaczy. Opowiadam w nim o uczuciach młodej dziewczyny, której ukochany poszedł walczyć za ojczyznę. Opisuję moment po rozstaniu, gdy młodzieniec idzie ścieżką do lasu z karabinem na ramieniu. Opowiadam o ogromnej tęsknocie i nadziei na spotkanie. O domu, o tym, co dobre, piękne i swojskie. I tego wszystkiego, co dobre, piękne i swojskie, życzę Wam, drodzy Czytelnicy.
W powietrzu unosi się zapach rumianku.
Maj. Gdy wyszedłeś o poranku,
Nad lasem właśnie wstawał świt.
A pod lasem słychać było wtedy konie,
Gdy szedłeś z karabinem przez błonie,
Kroków twych mógł nie słyszeć nikt.
Akacje już przekwitają, mój miły,
Polne ptaszki zaś gniazdko uwiły
Hen na gruszy, gdzie kończy się sad...
Kiedy Bóg da skończyć długą tę wojnę
I powrócisz, jasny chłopcze, tu do mnie,
Zaprowadzę za rękę cię tam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz