Łyżeczka dzwoni o brzeg szklanki.
Brzmi, jakby bili na alarm.
I tak mijają wieczory i poranki,
Od początku strasznie się bałam.
Sama się dziwię, że żyję —
Inni nie mieli tyle szczęścia —
I tylko z myślą jedną się biję:
Że nie wrócę do tego miejsca.
Wybacz mi, Polsko, że z mojego życia
Przyszło ci mniej niż z cudzych śmierci
(Może miał rację ten, co krzyczał,
Że nie ludźmi my i nasze dzieci),
Przykro mi, że nie umiem kochać cię
Po tym, jak nie obroniłaś naszych,
I chociaż chciałabym, to wiem,
Że ja cię już nie mogę zobaczyć.
Mimo to czuję z całą pewnością,
Że też nie najlepiej się masz,
Sprostawszy tym wszystkim okropnościom,
Masz tak samo jak ja — skrzywioną twarz.
Może nawet też będziesz kuleć,
Choć miną godziny i lata,
Mając nogę strzaskaną przez kulę,
Nie będziesz już biegać i skakać.
I może tak jak ja, mieszasz teraz herbatę,
Myśląc, kim jesteś teraz, a kim byłaś...
Pod czyim teraz jęczysz batem,
Gdzie się podziała twoja siła?!
Polsko, przepraszam jak na spowiedzi,
Za to, że nie umiałam cię kochać...
Wiem, muszę cię kiedyś jeszcze odwiedzić,
Odnaleźć spokój i Boga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz