sobota, 28 lutego 2015

Niemi świadkowie historii

Dzisiaj okazja do zadumy. Jak wiele historii, wartych tego, by pisano o nich w kronikach, zostało zapomnianych? Jak wielu wydarzeń nie ma opisanych w podręcznikach tylko dlatego, że ich świadkiem był jedynie metaforyczny kamień? Jak wiele jest dni, które były dla jakiegoś człowieka historyczne, a świat się nimi nie zainteresował? Jak wiele mogłyby opowiedzieć kamienie, gdyby umiały mówić?


Śród pola na rozstaju,
Gdzie maki kwitną w maju,
Tam, jak strażnik na warcie,
Szary głaz tkwił uparcie.
Rzekłbyś – głaz jakich wiele
Polne ścieżki już ściele,
Mech dawno już go porósł,
Ot – zwykły kamień w polu.
Lecz nic bardziej mylnego,
Bo równie niezwykłego
Głazu wy nie znajdziecie
W całym ogromnym świecie.
W swej kamiennej czeluści
Trzymał i nie chciał puścić
Przez czas tak wielolatny
Eskalibur, miecz sławny.
Liczni wielcy rycerze,
Każdy miecz w rękę bierze,
Ciągnie – ciągnie – nie puści
Głaz miecza w swej czeluści,
Aż przybył ten wybraniec,
Co na głaz jak na szaniec
Wstąpił – chwycił – i zdołał
Miecz głazowi spod pola
Z gardła wyciągnąć łatwo,
Głaz światkiem – to jest prawdą.
Widział też bitew wiele,
Gdyby nie był kamieniem,
Niemy świadek historii,
Gdyby kamienie mogły,
Spisałby to kroniką,
Świadek zdarzeń bez liku.
Lecz ma tez takie dzieje,
Których kronika nie opieje.
Kwitnące wrześniem wrzosy,
Sierpniowe sianokosy,
Wesołych wsi biesiady,
Na powietrzu zabawy,
Marcowe przebiśniégi,
Bałwany i kuligi.
Lat setki, wieki mijały,
Kamienie pamiętały.

czwartek, 26 lutego 2015

O Ukrainie i (znowu) Kaczmarskim

Wczoraj siedziałam sobie, nucąc "Jałtę" Jacka Kaczmarskiego. I nagle naszło mnie - a gdyby tak napisać coś podobnego, ale o Ukrainie? Pomysł latał mi po głowie dość długo, aż w końcu zebrałam się, usiadłam przed komputerem i, znów nucąc "Jałtę", zaczęłam pisać. Szybko jednak znudziło mi się. Nie chcąc porzucać roboty, zaczęłam pisać na inną melodię. A potem na trzecią. I na czwartą. Tak oto powstał poniższy utwór: pierwsza część na melodię "Jałty", druga - na drugą część prześwietnego "Requiem rozbiorowego", trzecia - na "Cromwella", zaś ostatnia - na melodię "Snu Katarzyny II". Podczas pisania każdej części sobie nuciłam, następnie prześpiewałam całość. Wyszło chyba nie najgorzej...



I.
Na place wybiegł wielki tłum,

Najpewniej pragnąc rewolucji,

Których nie było dawno tu,

Chociaż nie dzięki konstytucji.

Bardzo się strapił Janukowycz,

Że lud do Unii pragnie dojść,

Że lud w nastrojach już szturmowych,

Pomocy znikąd, jak na złość.

Już lud żąda jego dymisji,

Co mu nie było wcale w smak,

Już nie mógł polegać na milicji,

A no z Majdanem było tak.


Lud uspokoić nie chce się,

Chcąc wreszcie stać się częścią Unii,

Już dawno tak nie było źle,

Każdy się kłóci tak, jak umie,

Za racje swe zaczęli ginąć,

Już się utworzył nowy rząd,

Stary trza zlikwidować siłą

I może nawet wygnać stąd!

Na rebelianckich barykadach

Już głoszą hasła rewolucji:

Za dużo może nasza władza,

Żądamy starej konstytucji!


Na świecie głośno wnet,

I wszyscy wiedzą, kto ma rację,

Więc karą za przelaną krew

Niechaj będą straszne sankcje.

Już głównie o tym mówi się,

Czym Janukowycz splamił ręce,

Lecz gdy rozejmu paru chce,

Czego tu potrzeba więcej.

Nazajutrz znów wymiana ognia,

Już nawet Rosję to zmartwiło,

Wszyscy mówią, że już wojna,

Apelują "koniec z siłą"


Ukraina wciąż broczy krwią,

A w Unii jakieś dobre serce

Sankcjami znów obarcza ją,

A sankcji tych jest coraz więcej.



II.
Już unijni wysłannicy rozpoczęli pertraktacje,

Przedstawiają Ukrainie każdy swoje własne racje,

Sam prezydent już przedstawił jak ratować ma swój kraj,

Jeśli przyśmieszym wybory, w naszym państwie będzie raj,

Dzięki panom mediatorom majdan także zgodził się,

Więc wybory, więc wybory, może już nie będzie źle.


Chociaż Rosja bojkotuje, chociaż Prawi też na nie,

Wszyscy chcą, by Janukowycz do dymisji poddał się,

Niechaj żyje rewolucja, milicja się przyłączyła,

Obalim pomnik Lenina, jego epoka mija,

Amnestia dla opozycji, wolność dziś dla wszystkich nas,

Chociaż sankcji, chociaż sankcji, chociaż sankcji nastał czas...


Jak było kiedyś we Francji, zły monarcha uciec chce,

Jeśli wpadnie w nasze ręce, będzie z nim tu bardzo źle,

Jednak wyczuł pismo nosem, abdykował, po czym zwiał,

Wiedząc, ilu Ukraińców chciałoby mieć go na strzał,

Schronił się ten zdrajca w Rosji, nie oszczędzim przeto sił,

By utoczyć, by utoczyć, z eks-monarchy trochu krwi.


Na szczycie zatem przewroty, potrzeba nowego rządu,

Trzeba zadowolić Majdan już bez komunizmu swądu.

Niech nam żyje Ukraina, niechaj pozostanie cała,

Trzeba zatem pozamiatać by taka jeszcze została,

Czas wyrzucić trupy z szafy, pokazując wszystkim wpierw,

Teraz można iść do Unii, może tam nie będzie źle!



III
Idą na Kercz, idą Berkuci.

Walczyć bohatersko o słuszną sprawę.

Idą walecznie z faszyzmem się kłócić.

Zdobędą za to nieśmiertelną sławę.

Trza o pomoc do Rosji się zwrócić.


Wieszają wszyscy flagi w trzech kolorach.

Miejsca na litość być tutaj nie może,

Zabić trzeba rewolucji potwora,

Którego widzisz, ale nie grzmisz, Boże.

Rosja jest do pomocy skora.


Idą Krymem, idą Rosjanie.

Chęć ich pomocy braciom rozpiera.

Stać się musiało to, co tu się stanie,

Rosja Krym pod swe skrzydła zabiera,

Władz nie pytając o zdanie.


Faszyści bronią swych brudnych racji,

Szala co chwilę zmienia położenie,

A już wtrącają się z innych nacji,

Mnożąc liczne sankcje niestrudzenie,

Nie chcąc psuć tym relacji.


Władymir Putin zapewni nam spokój.

W Rosji nas czeka bezpieczna przystań.

No i co z tego, że od ponad roku

Na bezpieczeństwo krew nasza tryska,

Przywyklim do takich widoków!


Idą Krymem, idą Rosjanie...



IV.
Boją się mnie politycy Unijni, 

Nawet u siebie nie są jak ja tutaj silni, 

Mam broń, wyrzutnie, czołgi i mnogo żołnierzy. 

I wiem dobrze, co mi się należy! 

Trzeba podzielić Ukrainę, wszak Krym do Rosji pragnie przyjść; 

Władze niechętne wobec nas, a przecież tak nie może być! 


Sio, Władymirze, od Ukrainy, 

Bój taki jak twój może się skończyć źle! 


Graczem jestem znacznie lepszym niż pół NATO, 

Na postrach szkodzę sadownikom-polakom,

Ich marne sankcje budzą tylko we mnie śmiech, 

Niechaj się biją, nie mój grzech! 

Na wschodzie teraz kocioł jest, każdy szarpie co wyszarpać chce, 

Tak trzeba, zatem szarpię też, więc czemu NATO wścieka się? 


Sio, Władymirze, od Ukrainy, 

Bój taki jak twój może się skończyć źle! 


Ja nie chcę wojny, byle Krym został przy Rosji, 

Szanownych panów chyba trochę tu podnosi, 

Jako laureat nagrody pokojowej 

Nalegam na z Donbasem rozmowy. 

Jeśli ktoś zechce odbić Krym, będzie musiał z tym pogodzić się, 

Że mimo swych wycofania sił Rosja broni władzy swej!


Sio, Władymirze, od Ukrainy, 

Bój taki jak twój może się skończyć źle! 

Jeśli się słabe tu państwo kiedyś znajdzie... 


Wiem, dobrze wiem, zaanektuję je!

środa, 25 lutego 2015

Wolność

Dziś "pieśń" na rozgrzanie serc, często zamrożonych przez znieczulicę społeczną. Czyli coś, co przyda się zawsze. Każdemu. Rozgrzanie serc, którego życzę każdemu. Dzisiaj wolność wydaje nam się czymś oczywistym, czymś, co się nam należy - bo tak. A co, jeśli będziemy zmuszeni o tę wolność walczyć i ginąć? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, warto jednak pamiętać, iż wolność nie wszędzie jest czymś oczywistym i przyrodzonym.


A jeśli wolność umrze,
Niech i ja umrę z nią wraz,
Niech złożą nas w jedną trumnę,
Razem, twarzą w twarz.

A jeśli wolność upadnie,
Ja legnę w boju wraz z nią.
Przez pierś cięci szkaradnie,
Zbroczymy ziemię swą krwią.

A jeśli wolność zabiorą,
Z nią wezmą i serce me.
Wraz z nią me serce pokroją
I polska zmiesza się krew.

A kiedy wolność powróci,
Jak sztandar będę ją nieść,
Z kajdan wyrwiemy się, skuci
Zwycięstwa rozbrzmi pieśń.

wtorek, 24 lutego 2015

O Jacku Kaczmarskim słów kilka

Na blogu jako takim jeszcze się nie chwaliłam (lecz wy, coście mnie znali, wiecie) swoim uwielbieniem wobec Jacka Kaczmarskiego. Zatem się chwalę, że Kaczmarskiego wielbię, wielbię, wielbię. Przy jego piosenkach płaczę, przy innych płaczę ze śmiechu. W moim mniemaniu to prawdziwy wieszcz schyłku PRL-lu i pierwszych lat upragnionego kapitalizmu. Być może zabrzmię głupio, ale stawiam go na równi z wielkimi poetami czasów zaborów. Z tym, że nie obiło mi się nigdy o uszy, by któryś z nich wykonywał swoją poezję z gitarą w ręku. Myślę, że każdy czas potrzebuje poetów, którzy prócz landszaftów opiszą też otaczającą ich rzeczywistość do dna, oraz przeszłość, pokazując, ile sami jesteśmy sobie winni. Jacka Kaczmarskiego niestety już nie ma z nami. Ale jest tylu młodych poetów, gotowych przejąć pałeczkę! Nie sądzę, bym była godna nazywać się jego następcą. Nie sądzę, bym miała moc poruszania serc i dusz - Kaczmarski miał bez wątpienia. Mimo wszystko, piszę. Piszę z serca i będę pisać tak długo, jak nie powstanie uchwała zabraniająca działalności tym średnim w kunszcie poetom.
Schodząc nieco z wyżyn tych patetycznych deklaracji, gdy wczoraj nuciłam "Mury" oraz "Podwórko", nagle poczułam przemożne pragnienie napisanie czegoś własnego w tym temacie. Tak się przyznam, że swego czasu próbowałam napisać własną "Obławę V", zarówno tekst, jak i muzykę. Po chwili zniechęcił mnie zarówno brak pomysłu, którego chciałabym się trzymać, jak i świadomość, że gdzie mi tam do Lechowicza i Kołakowskiego. Bijąc się w pierś, pomysł porzuciłam. Niemniej, swoje "Mury" napisałam. Póki co sam tekst, może i melodię uda mi się w swojej poczochranej głowie odnaleźć...



Spójrz, ułożony nasz świat,
Spójrz, idealne tu życie...
I tylko ten biały kwiat
Wśród grobów więdnie skrycie...

Spójrz, obalony już wróg,
Nikt nie oblega już miasta,
Chociaż opuścił nas Bóg,
Po tym co zastał...

Już dawno zamilkł wściekły tłum,
Chleba i igrzysk nie chce już,
A mury w gruzach, w gruzach, w gruzach
I słychać tylko wiatru szum...

Na gruzach wyrosła wnet
Zapomnienia trawa,
Za to otwarto już sklep,
Odbudowano prawa...

Wśród gruzów bawią się znów
Ci pozostali z tłumu
A potem ułożą do snu
Słuchając szumu...

Że dawno umilkł wielki tłum,
Swojej wolności nie chce już,
Bo mury w gruzach, w gruzach, w gruzach,
Więc domem im jest właśnie gruz. 

Nikt im nie każe umierać
Za byt ich i za ideę,
Za zdradę przyjaciela,
Za ich pradziadów dzieje...

Wkrótce zapomną o murach,
A gruzy porosną drzewa,
Zabraknie im trubadura,
Który im mógłby śpiewać...

Że kiedyś krzyczał wielki tłum
Że chciał swe jarzmo zrzucić już,
A mury w gruzy, w gruzy, w gruzy
Obrócić, by je przykrył kurz.

Że czas przypomnieć sobie już,
Że kiedyś mur potężny wzrósł,
Zostały gruzy, gruzy, gruzy,
Lecz mur stawiają sami znów!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Powiew orientalizmu

Utwory, które dziś zaprezentuję, napisałam w momentach fascynacji japońskimi gatunkami lirycznymi. Kilka z nich to tak właściwie wariacje na ten sam temat. W każdym razie, mamy tu jedno haiku i trzy chōka.
Pierwsze trzy utwory opowiadają o dziwnym wrażeniu doskonałości, jakiego doznałam patrząc na mur z cegieł. Gatunki poezji wywodzące się z Kraju Wiśni uznałam za najlepsze do opisania tego. Ostatni utwór z kolei opowiada o zrzuceniu na japońskie miasta bomb atomowych. 



Mur to jest centrum
Wszechświata czyli wąska
Ścieżka ku górze.



Idę po murze
Który jest centrum świata
Prosto ku górze
Idę tą cieńszą ścieżką
Niech serca wasze
Będą jak ten gruby mur
Długi z cegieł sznur
Cegły nachodzą na się.



Wiem tylko że mur
Mur i struktura muru
Która się łączy
Ze strukturą wszechświata
Struktura muru
I struktura wszechświata
Na zawsze razem
Wąską ścieżką na murze
W górę ku niebu
Czy ty tam na nas czekasz?



Leciały ptaki
O brzuszyskach ze stali,
Miasto krzyczało,
Spadło żelazne guano -
To Hiroszima,
A także Nagasaki,
Radioaktywna dziura. 

niedziela, 22 lutego 2015

Krótko i satyrycznie

Dzisiaj przedstawiam utwór (dzisiejszy - wreszcie świeże mięsko), co tu dużo mówiąc - pokazujący moją reakcję na rzeczywistość. Zwłaszcza serwowaną przez media. Ironiczny, satyryczny, może nawet cyniczny, po prostu: mięsko. 

Jeszcze drobna uwaga, na wypadek, gdyby kogoś drażniła pisownia tego nieszczęsnego "nie raz". To był taki skrót od "nie raz, nie dwa".



Słuchając wieści ze świata nie raz chcę cisnąć kamieniem
Słysząc i nie wierząc powstrzymując płacz i śmiech
Uciszyć stek bzdur kładący się na duszę cieniem
No ale popsuć takie dobre radio to byłby grzech.

sobota, 21 lutego 2015

Elegia poetów dnia codziennego

Dzisiaj tak elegijnie, z zadumą. Ten świat się zmienia, i choć wiele się zaczyna, równie wiele się kończy. Czasem naprawdę warto zatrzymać się i poświęcić chwilę na refleksję nad tym, co minęło, nad tymi, co odeszli...



Przeminęły tamte dawne dni,
Pozostały tylko kurzem w książkach,
To chyba tylko się śni,
Gdy serce sciska nagła tęsknota...

Przeminęły te dawne lata,
Jak zamknięty na klucz strych,
Zmieniła się znana twarz świata,
Przybyło rzeczy dobrych i złych.

Czasem tylko, biegnąc przez "codzień",
Potknie się o kolejny jutra dzień
I zatrzyma na chwilę jakiś przechodzień
By spojrzeć na zdeptany "wczoraj" cień. 

Czasem tylko starą fotografię
Z jesiennymi liśćmi będzie nosił wiatr...
Chciałabym ujrzeć, ale nie potrafię,
Na dzisiejszych twarzach ich wczorajszy ślad...

Czasem tylko, naiwnie i czule
Obudzę piosnkę tych pradawnych strun,
Wspomnienia, słowa - oto mój instrument,
Oto piosnka moja dla kamiennych trumn. 

piątek, 20 lutego 2015

Wiersz z pomysłem - "Kłamstwo"

Dzisiejszy utwór powstał jakiś rok temu, pod wpływem mojej fascynacji konceptami w poezji. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja też bym tak mogła - i proszę, mogę, jak widać. Pisanie tego wiersza było naprawdę przyjemne, stąd mogę widzieć go po swojemu, jako utwór wręcz figlarny.


Każdy się czasem myli,
Łudzi, że to ma sens,
A przecież słowa i myśli -
Małe każde z nich jest.
Słuchaj i nie bierz do serca,
To w życiu będzie ci łatwo;
W końcu choć wiele można obiecać,
Ostatecznie wszystko to kłamstwo.

czwartek, 19 lutego 2015

Popołudniową porą o mgle porannej

Napisanie przedstawianego dziś wiersza było pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam pewnego pięknego, mglistego poranka. Zaraz po wyjrzeniu przez okno. Zobaczyłam właściwie niewiele - ogród spowity mgłą. Nie było widać słońca, nie było widać nawet bramy. Ogarnęło mnie dziwne uczucie odcięcia - to tak, jakby znaleźć się na wyspie osnutej mgłą. Rzecz jasna, musiałam to z siebie "wypisać".




Słońce mgły zasnuły, niczym płaszcz szarawy,
Który niewidoczny jest wśród suchej trawy,
Słońce za obłokiem światło swe ukrywa,
Niczym lew się czai, a jego złota grzywa,
Chociaż będziesz patrzyć, dojrzeć się nie uda,
Cienia nie rozświetli żadna złota smuga.
Mgła to bezlitośnie blask cały zabrała.
Nieprzyjaciel nowy, lecz jak bić bez ciała?
Co teraz uczynić, jak zaatakować,
Jakże mam pokonać takowego wroga?
Pawęż jego straszna, która bystre oczy
Nawet mgłą zasnuje, niczym wyziew smoczy,
Miecz w dłoni kunsztowny, lśniący niby klejnot,
Choć z małych kropelek, krzywdę zrobi wielką,
Gd zaatakuje wróg ciebie w milczeniu,
A potęga jego wzrasta wraz z jesienią,
Włócznia w jego ręku zimnem cię przeniknie,
Choć to będzie raczej nie bolesne, a przykre.
Dalej, nie na koniu siedzi wróg straszliwy,
W rydwanie, pieszo nie walczy - wielkie dziwy,
A ty wiedz, że kiedy dojdzie już do zwady,
Uciec próbuj śmiało, i tak nie dasz rady,
Chyba byś w twierdzy się zamknął z kamienia,
Ale wróg przystąpi wnet do oblężenia.
Skały i kamienie, nieważne, jak twarde,
Staczać teraz będą dość nierówną walkę.
Wszak czas wszystkie kruszy, z wrogiem się, sprzymierza,
A kiedy czas dojrzeje, padnie mur i wieża.
Nawet najwspanialsze, niezdobyte mury
Nie powstrzymają sił dzikiej tej natury,
Która skały kruszy niby chleb sczerstwiały,
Drzewa wielkie łamie niczym las zapałek,
Która rzeki toczy niczym wino z beczki,
Pochyl głowę przed nią, artysta to wielki,
Nie żyj z nią w niezgodzie, akceptuj kaprysy,
Ani się jej nie dziw i nie szukaj przyczyn.

środa, 18 lutego 2015

A jednak jest baśń...

Dość często jest tak, że gdy mówię "nie dam rady", wnet jednak mi się udaje. Chyba powinnam od razu tak mówić... W każdym razie, alternatywne zakończenie baśni jest. Co prawda, początkowo zamierzałam napisać je w formie opowiadania, może nawet dość rozbudowanego, a w nim ładnie przedstawić realia i stworzyć korowód postaci, ale lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, prawda?
Utwór powstał na podstawie "Śpiącej królewny". Tytułowa bohaterka budzi się po stu latach i widzi świat zupełnie inny niż ten, który znała przed ukłuciem się wrzecionem. Nastąpił znaczny rozwój techniczny, do tego w jej rodzimym kraju przez ten czas do władzy doszli komuniści, którzy pozbyli się ludzi wysoko urodzonych. Choć w samym wierszu słowo "Rosja" nie padło, aluzja jest jasna.


Wiele się zmieniło przez sto lat
Myślała dziewczyna brnąc przez zaspy
Zanim zasnęłam inny był świat
Inaczej podzielone mapy
Zmieniło się odtąd parę rządów
Zmieniło się odtąd parę ustrojów
To co znałam odeszło do kątów
Zmieniły miejsca wojen i pokoju

Jeszcze sto lat temu było tu królestwo
Dzisiaj republiką zwane dumnie
I zmieniło się to co oznacza męstwo
Utonęło w radioodbiorników szumie
Na miejsce starych architektów przyszli inni
Wieże teraz stały się domami
Teraz za co innego karani są winni
I chyba trochę więcej krwi ziemię plami

Nie wiem tylko skąd znalazł się książę
I czy pozbyli się go jak pozostałych
Czy ogarnęły go czerwone żądze
Czy też idzie ze mną w marszu ocalałych?

Wnet śnieg zakrył ślady jej
Po spacerze zarazem ostatnim i pierwszym
Razem z królewną gdy zapadła w sen
Tym razem już naprawdę wieczny.

Słodko-gorzki smak walca

Dzisiejszy utwór nie ma jakiejś szczególnej historii. Ot, to kolejny z wierszy miłosnych. Stylizowany na pierwszą połowę XX wieku, zawiera ten gorzkawy smaczek Drugiej Wojny Światowej, od którego w swojej twórczości jestem niemalże uzależniona. Planowałam napisać i wstawić alternatywę pewnej bajki, ale wena ogłosiła strajk i na planach się skończyło, ech...



Taki walc

Zaproś mnie, miły, do tańca,
Bo strasznie chcę tańczyć walca...
Popłyniemy przez zasieki jak puch,
Wyobraźmy sobie sukni ruch...

Zaproś mnie miły, do tańca,
Zatańczmy na szczycie szańca,
Od ostatniego razu minęły lata,
Zatańczmy raz jeszcze dla świata...

Do tańca, miły, zaproś mnie,
Mijały w strachu całe dnie
I choć granat ciała spiekł,
Na szańcu tańczą dusze dwie...

wtorek, 17 lutego 2015

Ballada prawie mickiewiczowska

Jak już wspomniałam, ostatnio interesuję się raczej poezję dwudziestego wieku, aczkolwiek Mickiewicz... Fascynacja wieszczem nie minęła i myślę, że nie minie nigdy. Bardzo podoba mi się jego poezja, "Redutę Ordona" mogę recytować zawsze i wszędzie. Z Mickiewiczem z resztą łączą mnie inicjały, co stało się przyczyną zabawnego wydarzenia.
Któregoś majowego lub czerwcowego dnia pokazałam koleżance jeden ze swoich najnowszych wierszy. Było to bodajże w szóstej klasie. Wiersz napisany był odręcznie, z odręcznym podpisem. Koleżanka przeczytała utwór, na podpis tylko rzuciwszy od niechcenia okiem. Gdy skończyła czytać, zapytała, czy to Mickiewicza. Moja ówczesna wychowawczyni, która była akurat przy tym obecna, była bardzo rozbawiona tą pomyłką, ja z resztą także.
Nie pamiętam już niestety, o który z moich wierszy wtedy chodziło. W każdym razie, na pewno nie jest to ten, który dzisiaj przedstawię.



Nie budźmy na wodzie śpiących liści
Nenufarów, białych lilij kiści,
Cór Pani Jeziora w ich strojnych
Ziemskich powłokach, wśród toni spokojnych,
Nie budźmy tego uśpionego balu,
Przez lśniącą ton tańczącego pomału
Walca – raz dwa trzy, raz dwa trzy –
Niech już na wieki im się śni...

Dawniej były to śliczne dziewczęta,
Lecz to już tylko jezioro pamięta,
Dawniej zwykły tańczyć wystrojone
W suknie białe i zielone.
Jak rusałki śliczne wśród cieni,
Błękitu jeziora, drzew strojnych zieleni,
Kwiat na skroni, kwiecie w ręce,
Córy jęły do jeziora zwodzić młodzieńce.
Aż Pani Jeziora ujrzała topielców
I córy swoje w jeziornym kwieciu,
Srogim gniewem zapałała na nie:
"Kusicie kwieciem, bądźcie nim same!
Za te haniebne postępki wasze
Zmienicie się w lilijewodne na zawsze;
Za to, żeście do wody chłopców zdybały,
Zmieńcie się, wyrodne, w zielone nenufary!"
Zawołała i ledwie rozbrzmiały te słowa,
Lilije i nenufary zarosły powierzchnię jeziora,
Zaś wiatr, co był świadkiem tego zdarzenia,
Zmusił córy Pani jeziora do wiecznego tańczenia.

Jeśli odnajdziesz jezioro w mrocznym lesie,
Gdzie wiatr w tańcu lilije i nenufary niesie,
Ty nieczuły bądź na kwiecia uroki
I jak najprędzej nazad skieruj swe kroki,
Bo kto do kwiatów podejść się ośmieli,
Tego córy Pani Jeziora wciągną do topieli –
Pozbawione ciała, lecz nie pozbawione duszy,
Nawet dziś chwycą każdego, kto kwiecie ruszy.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Narodziny gwiazdy na niebie urzędowego gmachu

Dzisiejszy utwór powstał wieczorem, gdy już się ściemniało. Po prawdzie, ławka i gołębie są tylko miłym dodatkiem - siedziałam w ciemnym telefonie, patrząc na gmach Urzędu Miasta. Muszę przyznać, że światło padające z okien wyglądało naprawdę przytulnie w tamtym momencie. Nagle w jednym z pomieszczeń ktoś nacisnął włącznik i kolejne okno rozbłysło. Mój notorycznie poszukujący wszędzie piękna umysł odebrał to jako narodziny nowej gwiazdy. I tak narodził się ten wiersz...



Siedzę na ławce patrząc w otynkowane gmachy
Powoli zapada zmierzch ostatnie promienie słońca
Zdążyły już zniknąć za dachami z blachy

Siedzę mimochodem rzucam bułkę gołębiom
Porwaną na kawałki jak niejedno młode serce
I suchą jak liczne słowa których słuchały te gmachy
Na przełomie lat i wieków na granicy epok
Jakaś epoka może się skończyła niewątpliwie jakaś zaczęła
A budynki przyjęły to z odpowiednio stonowaną obojętnością

Patrzę w te gmachy właśnie ktoś zapalił lampę
Właśnie jakiś pokój wypełnił się światłem i ciepłem
Z ulicy wygląda to tak jakby nowa gwiazda
Rodziła się wśród aksamitu nieba na moich oczach

Zerkam zatem w niebo zza kurzowych chmur
Przebija nikła blada poświata drobnego księżyca
Odbijającego światła naszych latarni

niedziela, 15 lutego 2015

Wieczorna tęsknotka

Życie poety jest jedną wielką niewiadomą. Wszystkiemu winna bestia zwana weną. Czasami całe dni się męczę, nie mogąc niczego napisać (a chciałoby się, chciało), czasami piszę kilka rzeczy dziennie. Wena nie zna litości. 
Tym razem pochwalę się świeżym utworkiem (jeszcze ciepły!) napisanym ot tak, na odegnanie smutku. Leciutko stylizowany na piosenki z dwudziestolecia międzywojennego. Muszę przyznać, że uwielbiam ten klimat i chętnie do niego nawiązuję. 




Przepraszam, proszę pana,
Jest taka mała, drobna rzecz...
Ja jestem, pan widzi, zakochana,
Czy pan mnie kocha też?

Przepraszam, jeśli panu przeszkadzam,
Ale to ważna sprawa jest:
Czy ja tu panu zawadzam,
Czy pan mnie kocha też?

Czy pan mi wreszcie odpowie?
Bo czekam już długi czas,
Wciąż pijąc za pana zdrowie
I – świecznik już prawie zgasł...

Przepraszam, proszę pana,
Że czas zmarnowałam mu.
Ja jestem, pan widzi, rozczarowana,
Że nie jest pan jak z mojego snu!

Złoty powiew dawnych dni

Ostatnio sporo grzebałam po starych wierszach. Ot, by porównać jak pisałam kiedyś, a jak piszę teraz. Zmieniło się dużo. Jeszcze rok temu większość moich wierszy nafaszerowana była wszelkiego rodzaju archaizmami. Przyczyniła się do tego fascynacja twórczością Jana Kochanowskiego i Henryka Sienkiewicza, powodująca namiętne używanie słów, które już wyszły z obiegu. Ta z pozoru niewinna miłostka powodowała, iż często miałam problem z dogadaniem się z resztą świata. Potem jednak nadeszła kolej na poezję młodopolską i język mi się uwspółcześnił. Obecnie nie stronię od białych lub wręcz wolnych wierszy, co zaczęło się przy fascynacji poezją między innymi Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Tadeusza Różewicza. Często zdarza mi się bawić słowami i eksperymentować z formą.
Wiersz, który dzisiaj przedstawię, napisałam w 2013 roku podczas wakacji. W tym okresie moim wiatrakiem była ludzka chciwość, stąd nie jest to jedyny wiersz o tej tematyce.


Złoto, klejnoty - zwiastują niedolę,
Bo gdy gorączką posiadania serce gore,
Gdy blask kamienia jaśniej niż gwiazdy
Nam przyświeca, wówczas dzień każdy
Przepełniony strachem o swój majątek,
O to, co srebrne, o to, co złote,
O drogie kamienie i mleczne perły,
A tym większa zachłanność, im skarbiec większy.

Mówią, że wiadomo, co się może zdarzyć
I swoich skarbów niczym smok na straży
Stoją, zamykając się w swym domu,
Nie ufając niczemu i nikomu,
Nie dowierzając w końcu nawet sobie!
Bo jak poznać, kto przyjaciel, a kto złodziej?
Kogo rady życzliwe, z woli tylko dobrej,
A kto, gdy może, ukradnie z sakiewką i torbę?

Brylanty, monety, naszyjniki, kielichy,
Wszystko to blaskiem wzrok mami i dziwi,
Wszystko to rządzą obezwładnia serce
I ten, kto ma wiele - wnet pragnie więcej.
Lecz martwe jest srebrno, martwe są klejnoty,
Martwy jest nawet Kielich szczerozłoty,
Wszystko to martwe i mniej wszystko warte,
Niż wiatr złotawym wiejący piachem.

sobota, 14 lutego 2015

Walentynkowo na ostatnią chwilę

Cóż, dopiero teraz, już po wyłączeniu komputera, uznałam że warto jednak jakoś wspomnieć o walentynkach... Zatem, moi mili, życzę Wam w życiu dużo miłości. Niech każdy dzień roku będzie Waszym Świętem Zakochanych!
Jako, że robię to naprawdę na ostatnią chwilę, do tego z telefonu - przepraszam za brak ładnego formatowania! Mam nadzieję, że nie zapomnę naprawić tego jutro...



Dwie połówki mają wszystkie łupiny orzechów,
Mamy dwoje oczu, dwoje nóg, dwoje rąk,
Dwa kęsy owocu pierwotnego grzechu,
A jednak róży tylko jeden pąk...

Palce gładzą porcelanowe ucho dzbanuszka,
Na okruszki ciasta lecą słone łzy.
Mi nie ma kto czule szeptnąć do uszka,
Że miła, ach, w moim sercu tylko ty!

W kawiarence tej siedząc pod oknem
Obserwować mogę uliczny gwar
I aż rozdziera się wtedy serce samotne,
Kiedy widzę splecione ręce par. 

Nie dla mnie ten owoc przesłodki?
Nie dla mnie radosny serca zryw?
Wzrok wbijam w okruchy szarlotki,
A na te okruchy lecą słone łzy...

Siłą rozpędu

Póki mój osławiony słomiany zapał nie przygasł, siłą rozpędu pochwalę się kolejnym utworem. Tematyka nie należy do najprzyjemniejszych - opowiada on o myślach i odczuciach Żyda, który przetrwał powstanie warszawskie. Siedzi on w ruinach Warszawy, lamentując nad jej tragicznym losem. Opłakuje on także swoje tchórzostwo, że zamiast walczyć jak wszyscy, on siedział w ukryciu jak szczur. Pod koniec, gdy zostaje znaleziony przez hitlerowskich żołnierzy, rozkłada ręce, godząc się ostatecznie ze swoim losem.



Ecce homo

Cisza może to już koniec
Może oni się powybijali
Tam na górze ogień żelazo
Słyszałem huk ryk i krzyki

A teraz nagle cisza
Wszystkie głosy umilkły
Nawet ziemia już się nie trzęsie
Może ją też zabili jak wszystkich

Warszawo milczysz przerażona
Gromem śmierci kolosem zbrodni
Milczysz wiem że mnie nie wydasz
Bomby zdusiły usta twoje

Jeszcze wczoraj krzyczałaś Warszawo
Tysiącami głosów idących
Sam nie wiem gdzie na śmierć
Oni też już mnie nie wydadzą

Gdzie walcząca Warszawa
Hasło tak dumnie roznoszone
Przez młodych straceńców
Na drzewie krzyża ojczyzny

Zostały ruiny i ja jak szczur
Mieli rację nie jestem człowiekiem
Człowiek by wyszedł i walczył
Szczur tkwił dalej w swej norze

Lecz nagle słyszę kroki
Oślepia mnie chłosta światła
Juden najgorsze przekleństwo
Rozkładam ręce ecce homo

Kiedyś zacząć trzeba...

... Zatem czemu by nie dziś?
Już długo zastanawiałam się nad założeniem bloga, na którym mogłabym publikować swoje wiersze. Oczywiście, w odstępach nieregularnych - wena to istota nader złośliwa, z resztą jej właścicielka tak samo. Nie przedłużając, zadebiutuję takim tam przyjemnym utworkiem, nawiązującym do upadku Gondolinu. Jeśli ktoś z Was czytał kiedyś Silmarillion J.R.R. Tolkiena, bez wątpienia zrozumie, o co chodzi... Miłej lektury!


Pożar miasta

Za gór grzbietem, za rzeki biegiem,
W zielonej dolinie wśród jodeł,
Za zakrętami drogi dalekiej,
Miasto kamienne płonie.
Błękity niebios twarz swoją skryły
Dymu i pyłu całunem,
Rzeki krwią płyną niby żyły,
Obmyją kamienną trunę.
Stare kamienie jak serce
Pękają pod wrogą stopą,
W ziemię tkwią powbijane miecze,
Śmiercią zmrożone jak trwogą,
Drzewa trzaskają w pożodze,
Wiatr, co łka między nimi,
Ogień w kamiennym grodzie
Rzeczami są ostatnimi.
Ach, gdzie wtenczas byli miecznicy,
Gdy wróg tam z cicha się skradał?
Teraz na każdej ulicy
Są tylko Zdrada i Biada!
Gdzie wartownicy bystroocy?
Na nic gór była osłona –
Teraz, drąc ciemność wśród nocy,
Miasto kamienne kona.