niedziela, 27 grudnia 2015

Cześć powstańcom!

27 grudnia 1918. Ta data jest znacznie mniej znana, niż 1 sierpnia 1944, ale równie ważna. Dzisiaj rocznica powstania wielkopolskiego. Choć w chwili zawieszenia broni wojska powstańcze były w odwrocie, w ich rękach pozostawały nadal znaczne tereny, a ich cel — włączenie Wielkopolski do odradzającej się Rzeczypospolitej — osiągnięty. A przecież niewiele naszych powstań kończyło się zwycięstwem. Swój sukces Wielkopolanie zawdzięczali świetnemu przygotowaniu i doskonałej organizacji. Uczcijmy ich odwagę!
Przy okazji, nadal pozostajemy w tematach okołoświątecznych — często piszę na melodię jakiejś piosenki, żeby ułatwić sobie zachowanie jakiego takiego rytmu. W tym przypadku była to anglojęzyczna kolęda "What Child is this". Muszę nieskromnie przyznać, że z moim tekstem brzmi ona całkiem nieźle. 



Wolności zew już niesie wiatr,
Czas polskie podnieść sztandary.
Czas ziemię wyrwać wrogowi z łap,
Wzbij w niebo się, orle biały!

Broń w dłoń, wolności zew,
Ceną za wolność — nasza krew,
Broń w dłoń, czas sztandar wznieść,
Próg każdy będzie nam szańcem!

Pójdziemy mężnie, wrogowi w twarz
Śpiewając pieśni powstańcze,
Wszak ojcem naszym był mądry Piast,
Próg każdy będzie nam szańcem!

Broń w dłoń, wolności zew,
Ceną za wolność — nasza krew,
Broń w dłoń, czas sztandar wznieść,
Próg każdy będzie nam szańcem!

Od miesięcy czekaliśmy,
Broń w gotowości trzymając,
Ojców gród odzyskamy my,
Okryjemy Poznań chwałą!

Broń w dłoń, wolności zew,
Ceną za wolność — nasza krew,
Broń w dłoń, czas sztandar wznieść,
Próg każdy będzie nam szańcem!

Wielkopolskę wyzwolim wnet,
Czas macierz Polsce przywrócić,
Prusaków stąd wygonim precz
Aż do ostatniej reduty!

Broń w dłoń, wolności zew,
Ceną za wolność — nasza krew,
Broń w dłoń, czas sztandar wznieść,
Próg każdy będzie nam szańcem!

Choć sto lat leżała w grobie,
Jak Chrystus dziś zmartwychwstaje!
Od dawna wszystko gotowe,
Kto Polak — ten i powstaniec!

Broń w dłoń, wolności zew,
Ceną za wolność — nasza krew,
Broń w dłoń, czas sztandar wznieść,
Próg każdy będzie nam szańcem!

sobota, 26 grudnia 2015

Krótki komentarz do wojny domowej

Mała przerwa w publikowaniu dobrze mi zrobiła. Znowu piszę, bo chcę, a nie — bo muszę. Zyskałam też odrobinę czasu na przyjrzenie się temu, co obecnie się dzieje, co poskutkowało wzrostem ciśnienia i poziomu ironii w krwi:



Znowu wielka burda pod koniec roku:
"Pozory i prawa leżą w rynsztoku". 
Manifestacje wściekłe się zbierają...
Tak głosowali — niech nie narzekają. 

czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Jest taki czas, gdy każdy chce być lepszy
I serce mieć jaśniejsze na ten czas świąteczny.
Jest taki czas, gdy odpuszczamy wszystkim
I siebie chcemy więcej poświęcić swoim bliskim. 
Jest taki czas, kiedy nie ma znaczenia
Czy dom doprowadziliśmy do czystości i lśnienia. 
Jest taki czas, łamiemy się opłatkiem
A z ust, razem z kolędą, padają słowa gładkie,
Życzę więc Wam, by one miejsca
Zagrzały także w Waszych sercach. 

niedziela, 13 grudnia 2015

Krótka przerwa

Jak widzicie, ostatnio stale nawalam, za co też ogromnie przepraszam. Grudzień to dla wszystkich czas wytężonej pracy, dlatego myślę, że zrozumiecie, dlaczego ciężko mi znaleźć czas na pisanie. W tej chwili mam dwa wyjścia: albo pisać coś na odczep, byle było, albo chwilowo (naprawdę chwilowo!) zawiesić bloga. Jako, że nie znoszę półśrodków, zdecydowałam się na krótką przerwę. Do Świąt, bo w tym szaleństwie podciągania wszystkich ocen, które tylko się da,  gonienia z materiałem, bo sporo przedmiotów kończy mi się po tym semestrze, i jeszcze przygotowywania się do samych Świąt (bo pierniki piec i dekorować, prezenty zdobyć, zapakować, wysłać) ciężko mi znaleźć jeszcze czas na pisanie. Tym bardziej, że im więcej już mam na głowie, tym więcej biorę, taka dziwna zależność.
Swoją drogą, zastanawiam się, czy po powrocie nie przesunąć blogowego dnia z soboty na niedzielę, albo czy w ogóle nie zrezygnować z kalendarzyka. W końcu natchnienia nie powinno się wymuszać. Z drugiej strony, bez goniących terminów mogę zamieszczać nowe wiersze z taką częstotliwością, jak kolejne części analizy z drugiego bloga. A właśnie tego chciałabym uniknąć.
Nie przedłużając - byle do Świąt!

niedziela, 6 grudnia 2015

Nawet najlepszym zdarzają się obsuwy

Przepraszam za ten jeden dzień zwłoki. Oficjalnie biję się w pierś i kajam w prochu i popiele. Wczoraj dopadło mnie życie i kazało pracować, a gdy w końcu zebrałam się na tyle, by w końcu zabrać się za bloga, primo, i tak było już po północy, secundo, padłam. Inną kwestią była wczorajsza chandra, z którą też musiałam jakoś walczyć. O tym, że ostatnio praktycznie nie piszę, lepiej nie wspominać. Cóż, życie. 
I słodki kotek na odkupienie win. 


Skoro już (mam nadzieję) jesteście ugłaskani, drodzy Czytelnicy, czas na spóźniony wiersz. Tematyka zupełnie nie jest grudniowa i świąteczna, ale o tym, że dzisiaj Mikołajki, reklamy uświadamiają nas od miesiąca. Dlatego ja pogawędzę trochę o nauce i laboratoriach. Zawsze marzyłam o karierze naukowej. Niestety (a może stety, skoro On wie lepiej), Bóg stworzył mnie jako raczej humanistkę, stąd mój kult nauki. Poza tym, nie mogę odżałować tych przedmiotów przyrodniczych, które mam w szkole po raz ostatni w tym semestrze. 



Laboratoria są całkiem romantyczne,
Ludzkie drogi — czasem jak dwie styczne. 
Wzory na tablicy — tajemnica Hermesa —
A ty w kolbie odczynniki mieszasz. 

Bóg stworzył świat jednym Słowem,
Tu tworzy się Wszechświaty naukowe. 
Tu pozornie na emocje brak miejsca,
Lecz to tu ostoję znajdą serca. 

Już północ. Przy laboratoryjnym stole
Swoim zwyczajem pracują we dwoje,
Ręce mają zniszczone ciężką pracą. 
Przez dziurawy dach szopy krople deszczu kapią. 

sobota, 28 listopada 2015

Jaki piękny dzień

Cóż tu dużo mówić — są dni, gdy człowiek ma po prostu ochotę zostać w łóżku, dni po prostu złe, dni dobre i wreszcie dni, kiedy człowiek jest najzwyczajniej w świecie szczęśliwy. Podczas tych ostatnich każda drobnostka jest jak wygrana w totolotka. I właśnie tak wyglądał mój dzisiejszy dzień, pełen z resztą dobrych rzeczy. Spotkanie z kimś, kogo dawno nie widziałam, konkurs matematyczny, spędzanie czasu ze znajomymi, pieczenie pierników z mamą i młodszą siostrą — to wszystko drobnostki, ale z odpowiednim nastawieniem są prawdziwym kamieniem węgielnym szczęścia. 
Ten wiersz jest krótki, ponieważ czasami nie trzeba wielu słów.



Radio gra cicho starą piosenkę. 
Jest ciemno i trzymasz mnie za rękę. 
Noc, jedziemy do naszego domu,
Tych chwil nie oddam nigdy nikomu. 

sobota, 21 listopada 2015

Z jesienią za pan brat

Bardzo często słyszymy, że szczęście to wybór, że szczęście to dążenie do niego. Powiem Wam, że się z tym zgadzam, dodając, że szczęście to sposób myślenia. Niektórzy ludzie wszędzie szukają powodów do narzekania, a jak powiedział Jezus: szukajcie, a znajdziecie. Naprawdę współczuję takim osobom. Całe szczęście, że inni wszędzie szukają pozytywów (chociażby taka Pollyanna!)... Osobiście staram się należeć do tej drugiej grupy. Jest to trochę trudniejsze, ale możliwe. Wówczas emituje się do otoczenia optymizm, co sprawia, że ludzie lepiej cię postrzegają. Z pozytywnym nastawieniem można zrobić dużo więcej, niż gdy się wiecznie jest niezadowolonym, łatwiej też przełknąć ewentualne porażki. 



Wiecznie młody jesteś tylko w piosence,
W życiu, jak to w życiu, przybywa lat. 
Lepiej więc, bez żalu że mogłeś więcej,
Z zadumaną jesienią być za pan brat. 

Prawda to, na ziemi kobierzec z liści,
Jesienne deszcze znowu sieką świat,
Lecz nie ma co mnożyć nienawiści,
Lepiej z deszczową jesienią być za pan brat. 

Dobrze jest czasem mieć w głowie kasztany,
A w uśmiechu dawnego dziecka ślad,
Zamiast wiecznie narzekać, że świat szary,
Z kolorową jesienią być za pan brat. 

Wtedy jest dużo łatwiej o szczęście
Niż zza własnego malkontenctwa krat. 
Sprawiając, że życie dookoła jest piękne,
Ze swoją wewnętrzną jesienią jesteś za pan brat!

sobota, 14 listopada 2015

Módlmy się za Paryż

Dziwne w tym świecie jest to,
Że chyba niczego się nie uczymy. 
Bo dlaczego wciąż panuje zło?
Czy nie ma w tym naszej winy?

To w tym świecie dziwne jest,
Że już od ponad tysiąca lat
Z jednego powodu przelewa się krew
I wciąż nie pokonał tego świat. 

I to mnie dziwi w świecie tym,
Że ludzi dobrej woli jest więcej
I chociaż walczymy z nim z całych sił,
To zło było jest i będzie. 

#PrayForParis #PrayForPeace

sobota, 7 listopada 2015

Gdzie to wszystko?

Dziś znowu trochę na smutno, a trochę na siłę. Znowu nie mam sił i czasu na pisanie, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności dwa tygodnie temu napisałam parę wierszy "na zapas". W tym tygodniu mam mnieć (podobno) mniej na głowie, więc postaram się szturchnąć wena i zapędzić go do pracy.
A tymczasem przedstawiam wiersz, który w tym tygodniu stał się dla mnie całkiem aktualny nie tylko z powodu oktawy Wszystkich Świętych.  



Gdzie blask dawnych dni — nie wiem. 
Gdzie huśtawki, truskawki, bez — nie wiem. 
Gdzie bezpieczne dziecka sny — nie wiem. 

Gdzie tych parę szczerych łez — nie wiem. 
Gdzie miłości ciepły szal — nie wiem. 
Gdzie podróży naszej kres — nie wiem. 

Pełno nas, a jakby była pustka,
Pełno nas, a jakby same lustra,
Pełno nas, a jakby ubywało,
Pełno nas, a wszystko takie samo,
Pełno nas, a droga jest bez celu,
Pełno nas, choć już odeszło wielu. 

sobota, 31 października 2015

Ogłoszenie w gazecie

Jak to już dzisiaj napisałam na moim drugim blogu, tej nocy miałam sen związany z prasą. Na temat snu rozpisywać się nie zamierzam, skoro już raz to zrobiłam, jednak wykorzystam to jako pretekst do zamieszczenia napisanego tydzień temu wiersza. Zostajemy w tematach publicystyki, za to odchodzimy od tematów związanych z polityką, wojnami i innymi przyjemnościami tego typu.



Zdarzyło się to w Łodzi,
Był grudzień, więc wokół śnieg.
Zawołała "O co panu chodzi?"
Gdy powiedziałem "Kocham cię!".

Miała pani futro z norek
Lub gronostajów, Bóg jeden wie!
Widziałem panią też w zeszły wtorek,
Chciałem powiedzieć znów "Kocham cię!"

Jeśli czytuje pani gazety
(Jeśli nie, to trudno – nie),
Niech odpowie na pytanie poety:
Czy może pani pokochać mnie?

sobota, 24 października 2015

Mknie rok za rokiem

Myślę, że jedenastą odę Horacego zna niemal każdy. To z niej pochodzi słynne "carpe diem". Mimo braku czasu (a może właśnie dlatego) przez ogrom nauki również zagłębiłam się w rozmyślania na temat przemijania. Jednak moje refleksje nieco się różnią od przemyśleń rzymskiego poety. 



Na podwórku, w piaskownicy pusto. 
Wszyscy dorośli, więc musieli iść. 
Panowie mają prawdziwe karabiny,
Prawdziwe koparki i samochody. 
Panie — prawdziwe mody i urody,
Prawdziwe domy, sklepy i rodziny. 
Na piasek co roku spada liść. 
Pomyśl o tym, gdy spojrzysz w lustro. 

sobota, 17 października 2015

Dwa i pół w jednym

W tym tygodniu niestety skończyła się wymiana ze szkołą w Trewirze. W czwartek, po pożegnaniu Niemców, zamierzałam zamieścić tu wiersz, który napisałam we wtorek. Niestety, brak czasu zrobił swoje, dlatego wiersz na blogu pojawia się dzisiaj. A oto i bohater dnia (bynajmniej nie jedyny, ale o tym w swoim czasie), który, mam nadzieję, pewnego dnia stanie się piosenką. 



Wąska wstążka szarej szosy
Jak czas zostaje za nami,
Łza, czy może kropla rosy,
Szybą deszcz płynie strugami.

Płynąc do portu przeznaczenia,
Szepcąc dwa słowa: do widzenia.

Latarnie to małe Słońca,
Deszcz to jest z nieba morze łez,
Nawet ta droga bez końca
Jak każda — gdzieś tam ma swój kres. 

Płynąc do portu przeznaczenia,
Szepcąc dwa słowa: do widzenia

Do widzenia dziś czy za rok?
Wierzymy w magiczną moc słów,
Nie patrzymy w oczy, lecz w bok,
Wiedząc: to nie zdarzy się znów. 

Płynąc do portu przeznaczenia,
Szepcąc dwa słowa: do widzenia

Pożegnania czas się zbliża,
Teatr dla jednego widza,
Być może po raz ostatni
Uścisk nas połączy bratni

Jesteśmy w porcie przeznaczenia,
Cicho mówimy: do widzenia.
Reszta jest teraz bez znaczenia,
Razem krzyczymy: do widzenia!



Jak wiecie, tydzień temu planowałam wstawić wiersz po niemiecku, jednak nie miałam go przy sobie (to, że kwadrans po ukazaniu się posta na blogu wiersz znalazł się na moim biurku to inna historia). Z tej racji dzisiejszy post zawiera nie jeden, ani nawet nie dwa, lecz dwa i pół wiersza. Skąd ta połowa? Moje tłumaczenie, dokończone przed chwilą, już nawet pomijając fakt, jakim kosmosem jest dla mnie praca tłumacza, trudno uznać za pełny i niezależny wiersz... 



Es ist dunkele Nacht,
Aber das Schnee ist weiß.
Ich höre, wie er lacht,
Aber weiß nicht, wie er heißt. 

Ist er jung, oder alt?
Das weiß ich wirklich nicht,
Aber ich sehe ihn in der Nacht
Und darum freue ich mich. 

Ich sehe: das Blut ist rot,
Ich sehe das jeden Tag,
Aber es ist nur ein Wort
Und das ist, was ich wirklich mag. 

***

Noc jest tak bardzo ciemna,
Nie licząc śniegu lśnienia. 
Że to jego śmiech — jestem pewna,
Choć nie znam jego imienia. 

Stary jesteś, czy też młody?
Nie wiem, cóż powiedzieć więcej. 
Ale gdy widzę cię wśród nocy,
To istny miód na moje serce. 

I widzę jeszcze czerwień krwi,
Która towarzyszy mi co dzień. 
To tylko słowo, więcej nic,
A że to lubię — dobrze wiem. 

sobota, 10 października 2015

Cierpliwa jest, łaskawa jest...

Jeśli mam być szczera, dzisiaj zamierzałam wstawić zupełnie inny wiersz. I to w aż dwóch wersjach językowych — niemieckiej (oryginalnej) i polskiej. Zamierzałam wpierw go przetłumaczyć. A wszystko to dlatego, że trwa właśnie wymiana między moją szkołą, a Angela-Merici Gymnasium w Trewirze, w której biorę udział. Oznacza to, że do następnego czwartku mieszka u mnie taka sympatyczna Niemka. To naprawdę pozytywna osoba, wkładająca wiele wysiłku w naukę choć paru polskich słówek...
Niestety, ja to ja. Wiersz, o którym wspominałam, został na kartce wciśniętej w mój podręcznik do niemieckiego, leżący w mojej szkolnej szafce. Dlatego dziś pojawi się wiersz zastępczy, tak samo jak ten niemiecki pochodzący z tego tygodnia. Znowu o miłości...



Mówią, że bez niej nic niewarte,
Że lepiej pakt podpisać z czartem
Niż bez niej pisać życia kartę. 

Mówią, że gdy zechce sama,
Odwiedzi panią, potem pana,
W asyście wina i szampana. 

Że jest cierpliwa i łaskawa,
Rozgina kraty, łamie prawa,
Orzeźwia jak poranna kawa. 

Podobno nie pamięta złego...
Podobno, przecież dużo tego,
U bogatego i biednego. 

Mówią, że wszystko ci wybaczy,
Jeżeli jednak wciąż coś znaczy,
Na świat spojrzenie ci wypaczy. 

I jeszcze nie rdzewieje — stara,
Wszak można także z dala,
Choć jest w tym przecież pewna kara...

Lecz jedno mogę rzec na pewno,
Gdy otumani cię mgłą zwiewną,
Wad tych byś szukał... Nadaremno. 

sobota, 3 października 2015

Banały

Dziś trochę o banalności miłostek. Wiersz trochę bowarystyczny, lecz przynajmniej świeży. Wracałam w czwartkowy wieczór z teatru, poznańskie ulice znajdując jako niezwykle romantyczne. Sama nie wiem, co mnie tak nakręciło, na pewno nie był to spektakl ("Dwunastu gniewnych ludzi"), jednak miałam taki nastrój i basta. Niestety, jak to ze mną bywa, zaraz przeciwstawiłam swoje romantyczne uniesienia prozie życia, która wydała mi się szara i okropna. Tak samo ja sama. Pod wpływem chandry, jaką mi to zadundowało, powstał poniższy utwór, znowu a'la chōka, tylko tym razem są rymy. 



Słowa są tak banalne,
Choćby "kocham cię".
Czy to kawy poranne,
Herbaty i zmierzch,
Światła miasta wieczorem,
Cichy oddech wsi,
Czy deszcz nad parasolem,
Czy coś, co się śni. 
Słowa są tak banalne,
Choć czasem nam w smak,
To nie marsze triumfalne,
To klatka i ptak. 
Mów do mnie banałami,
Bo czym jest bez nich świat,
Banał — most między nami,
Nasza łodyga i kwiat. 

sobota, 26 września 2015

Nie wszystko co robię jest słuszne

... Taka refleksja towarzyszy mi dzisiejszego dnia. Po przepełnionym pracą i ekscytacją tygodniu czas na odrobinę refleksji nad sobą i innymi. Jednak świadomość własnych wad to jedno. Trzeba je zaakceptować — uznać je za część siebie (mówiąc językiem psychologii, odróżnić ja realne od ja idealnego). Z akceptacją nie należy jednak przesadzać. Nasze wady są nasze, jednak to nadal wady nad którymi trzeba popracować. I tutaj punkt trzeci — świadomość tego, że trzeba coś zmienić. Następnie czas zacząć pracę nad sobą, po ewentualnym ustaleniu planu działania. Wychodzę z założenia, że człowiek zdeterminowany da radę dokonać niemal wszystkiego, niekoniecznie sam. 
Po tym psychologicznym wstępie przejdźmy do wiersza. Z powodu rąk i głowy pełnych roboty znowu czerpię z archiwum. Tym razem sięgnęłam do tego "stacjonarnego", umiejscowionego w mojej szafie na papiery wszelakie (można tam zapewne znaleźć nawet papierki po cukierkach). Prawdę powiedziawszy, wiersz zdaje się nawiązywać do Księgi Hioba, którą obecnie omawiamy na języku polskim. Co ciekawe, tę księgę w całości przeczytałam dopiero kilka dni temu, a wiersz ma nieco ponad rok (szacowane na podstawie charakteru pisma, oraz języku i tematyce samego wiersza) i odnosił się do mojego nastroju i sytuacji, w jakiej się wtedy znalazłam. 



Wiatr może złamać drzewo,
Wyrwać z gruntu jego korzenie,
Grzech zaś może oddalić niebo
I pod stopami spękać ziemię

Co zrobić, jeżeli bez winy
Grunt spod nóg się nam osuwa?
Czy na nowo roztrząsać swe czyny
I fałszywych oskarżycieli słuchać?

Są tacy, co wierzą, że potępiony
Ten, komu wiatr kudły szarpie;
Idąc tym tropem, w ręce mamony
Bez wątpienia wkrótce trafię. 

sobota, 19 września 2015

Czas powstać z cienia

Od razu się przyznam że tak, od paru dni chodzi mi po głowie powstanie wielkopolskie. To, co wybuchło 27 grudnia 1918 roku. W kulturze nie znalazłam za wiele nawiązań do tego wydarzenia. To mogło się skończyć w tylko jeden sposób. 



Zapał który mamy we krwi
Łączy się z dokładnością przekazaną w genach,
Głos Paderewskiego nam w uszach brzmi:
Wielkopolsko, czas powstać z cienia!

Czyż nie dość nas niemczył Prusak zły,
Czy nie dość katował bez sumienia?
Lecz pokonać nie daliśmy się my:
Wielkopolsko, czas powstać z cienia!

Już krzykiem polskim brzmi nasza ziemia,
Prusaków wypędza armat naszych huk,
Nasza Wielkopolska już powstała z cienia,
Słychać śpiew: Tak nam dopomóż Bóg!

sobota, 12 września 2015

Marzy mi się gigant

Kto zna mnie choć trochę wie, jaka ze mnie nieuporządkowana osoba. Ciężko mi usiedzieć w jednym miejscu i robić to samo. Dlatego naprawdę kiepsko się czuję, przez kilka godzin siedząc, słuchając i notując. Nie nudzi mnie to, ale ciągnie mnie w wielki świat, dlatego...
Dlatego zamieszczam wiersz napisany w wakacje. Dodam tylko, że dotyczy on tych "prawdziwych cyganów", których dziś "już nie ma".



Wóz cygański przemierza świat,
Wam, cyganom, wciąż śpiewa wiatr,
Was, cyganów, omija czas, 
Mili cyganie, odwiedźcie nas!

Wy, cyganie, kolorowy tłum,
Starych jodeł nad głową szum,
Wy, cyganie, znów Bóg wie, gdzie,
Ach, wy cyganie, odwiedźcie mnie!

Nocne niebo jest domem gwiazd,
Domem cyganów — zielony las,
Czasem idę w majowy gaj,
Wozie cygański, ty do mnie gnaj!

Mili cyganie, ja do was chcę!
Mili cyganie, zabierzcie mnie,
Wozem cygańskim przez dziki las
Będę wędrować, gdzie stanął czas. 

sobota, 5 września 2015

Trzeba wstawać wcześnie rano

No i stało się. Pierwszy tydzień w nowej szkole za mną. Jeszcze nigdy nie czułam się w placówce edukacyjnej tak cudownie. Zachwycam się wszystkim czym tylko się da, a nawet tym, co nie spodobałoby się chyba nikomu o zdrowych zmysłach. No, ale ja tak czasami po prostu mam. Trwaj, chwilo.
Niestety, ze względu na ogrom wrażeń, nie napisałam nic nowego, zatem czas wrócić do sprawdzonego systemu "odświeżania" starszych utworów. Wybrałam traktujący o chyba ulubionym przez wszystkich (poza sprawdzianami i licznymi kartkówkami, rzecz jasna) elemencie roku szkolnego, wczesnym wstawaniu. Nie jest to oczywiście oda pochwalna do zrywania się z łóżka przed słonkiem, raczej mała anegdotka z poprzedniego roku szkolnego. Któż nie kocha tego uczucia, gdy człowiek się budzi, patrzy, ciemno, zerka na zegarek: czwarta sześć? Mam nadzieję, że dobrze oddałam zaspanie podmiotu lirycznego, który, w przeciwieństwie do mnie, miał to szczęście że była sobota...
Aha, jeszcze jeden szczegół. Od tego posta zmieniam kolor tekstu na bardziej jesienny, jako, iż poprzednie barwy mi się znudziły. Skoro o nich mowa, czas w końcu nadrobić formatowanie poprzednich postów, wstawianych z telefonu.



Obudził mnie w nocy 
Ki diabeł? Ki licho? 
Ale się nie droczy, 
Cicho, cicho... 

Wysuwam stopę spod kołdry, 
Wyszukuję podłogę... 
Na nic wszystkie modły – 
Mogę? Nie mogę? 

A z lustra coś zęby szczerzy, 
O rety! Ja się boję! 
Te stada dzikich zwierzy! 
Odbicie moje? Nie moje! 

A rury żałośnie piszczą, 
A jedna jak kur już pieje! 
Żegnam się z nocy ciszą: 
Bo dnieje? Nie dnieje? 

Zapach chleba przez okno 
Na gwałt się wciska, 
Wolno mu, czy nie wolno? 
I gdzie są igrzyska? 

Wracam już, jak niepyszna, 
Skradam, podobna do kota 
I w kołdrze znikam jak myszka... 
Sobota? Nie sobota?

sobota, 29 sierpnia 2015

Piękno świata, koniec lata

Wakacje zbliżają się do końca. Koniec sierpnia. Wtedy świat ma w sobie to szczególne piękno. Może to ta aura kończącej się przygody? Kto wie. Do różnych wakacyjnych miejsc nawiązuje dzisiejszy wiersz. 



Jest na Ziemi tyle dróg,
Każdy z nas ma parę nóg,
Niech na moich dotrę tam,
Gdzie ty czekasz na mnie sam. 

Jest na Ziemi tyle łąk,
Każdy z nas ma parę rąk,
Niech nasze zbudują dom,
Niech splecione razem są. 

Jest na Ziemi tyle wód,
Każdy z nas to wielki cud,
Dla mnie cudem jesteś ty,
Cudem jest też słowo "my".

Jest na Ziemi tyle plaż,
Każdy z nas ma jedną twarz,
Ja na pamięć twoją znam,
Wiem, co jest pisane nam. 

sobota, 15 sierpnia 2015

Freedom

Zacznę od drobnego ogłoszenia. W przyszłym tygodniu wiersza nie będzie, z powodu kolejnego wyjazdu. Tym razem w góry, na łono natury. Każdy potrzebuje w życiu odskoczni, odpoczynku. Ja mam nadzieję znaleźć wytchnienie podczas tygodniowych rekolekcji z dala od wirtualnego świata. 
A teraz czas na dzisiejszy utwór, świeży, z tego tygodnia, czym jestem głęboko usatysfakcjonowana. Jest to owoc długiego siedzenia w nocy i różnych przemyśleń, których po prawdzie już nie pamiętam. Ale przynajmniej wiersz został. 



Jak marzyć o wolności świcie,
Gdy ciężar kajdan miły nam?
Jak z czołem w górze iść przez życie,
Gdy każdy w dół się ciągnie sam?

Jak myśleć: jutro będzie pięknie,
Gdy tylko pustkę niesie świt?
I przed czym znowu się ucieknie,
Skoro już nas nie goni nikt?

Ba, mówią: trzeba mieć nadzieję,
Odpowie lekki ramion ruch,
Bo przecież się nią nie odzieję,
No i nie nią napełnię brzuch.

sobota, 8 sierpnia 2015

A zegar tyka...

Dzisiaj pora na zapowiedziany kiedyś wiersz o zegarach. Tym bardziej, że za parę dni minie pół roku od założenia bloga. Niby to niewiele, ale cieszę się, że wytrwałam tak długo. Jak na mnie, pół roku to cała wieczność. No bo kobietą jestem, co pięć sekund mam nowe pomysły, do realizacji których chcę zawsze przystąpić natychmiast... Przez trzy dni potrafię wytrwale studiować budowę prądnicy, by potem rzucić to w kąt na zawsze. Zaczynam namiętnie pisać długie powieścidło, jednakże nie kończę nawet prologu. Zeszyt i kilka aplikacji do nauki rosyjskiego po krótkiej ekscytacji też leżą odłogiem... Blog pewnie też podzieliłby ich los, gdybym nie narzuciła sobie konkretnych terminów. Na szczęście (albo i nie, zależy od punktu widzenia), nadal tworzę, choć na dzieła długości "Pana Tadeusza" raczej nie ma co liczyć.



Wisiał sobie zegar na ścianie,
Nie był zepsuty, ni nawet stary,
Choć je grały stare zegary,
Nie dla niego kurantów granie. 

Cicho tykał ten zegar ścienny,
Słychać było dech śpiących ludzi,
By coś widzieć, próżno się trudzić,
Mimo lata pokój był ciemny. 

Czasem tylko trochę przyśpieszył. 
Jak ktoś dyszy zmęczony biegiem.
Czas przyśpieszył? Po prawdzie, nie wiem,
Choć to słyszę nie po raz pierwszy. 

Czasem rytm zmieniają zegary,
Czasem jakby na chwilę milkną...
Aby uczcić tę chwilę nikłą?
Te zegary to jakieś czary!

sobota, 1 sierpnia 2015

Lekcja historii

Dzisiaj rocznica. Czego, chyba każdy wie. Miałam wstawić ten nowy wiersz o zegarach, jednak wczoraj uznałam, że trzeba uczcić pamięć powstańców i jakże przecież licznych ofiar tamtych dwóch miesięcy. Zaraz wyszukałam pasujący utwór. Jeden z dłuższych, jakie napisałam. Nawiązuję w nim między innymi do powstania warszawskiego (a także do czasu zaborów oraz do Żołnierzy Wyklętych), więc wreszcie pojawił się pretekst by "Ballada o oknie i matce" została zaprezentowana szerszym kręgom. 



Ballada o oknie i matce.

Spojrzałam w okno
Nagle dziwnie obca wśród swoich
I dziwnie zagubiona
Bo to po drugiej stronie muru
Który znamy

Spojrzałam w okno
Gasnące resztki jesieni
Dopalały się na drzewach
Oho pomyślałam oho
Wkrótce spadnie śnieg

A ja mam dziwne wrażenie
Że powinnam być
Tam gdzieś indziej
Po innej stronie murów
Tak tu ciepło dbają o nas

Troszczą się by było przytulnie
By śnieg jego przedwczesna siwizna
Nie sprószył nam włosów
I by lód nie skuł nam dłoni
Serca chyba wystarczą

No ale mówię sobie to nadal
Więzienie murowana klatka
Patrzę na okno naprzeciw
Przypominam sobie różne pieśni
Wyśmieją mnie gdy zaśpiewam

Ale gdy znikam za drzwiami
W pałacu okien na ulicę
Która nie ma w sobie nic
Romantycznego godnego ucieczki
Gasnące złoto przed oczami konające

A może przekrzykuję ich myśli
A może kontynuuję sama sobie
Może to był znak sygnał taki dla mnie
Specjalny krzyk do mnie ale kogo
Kto może chcieć wywabić mnie z azylu

Tu przecież jest dobrze jest dobrze
Karmią poją grzeją jak nigdzie indziej
No ale nie kochają prawda
Po co kochać pytam głośno
Spotykając się z ich zdziwionymi spojrzeniami

Kręcę głową przepraszam
Cicho wracam na korytarz
Nadal jest okno
I złote pytanie za murem
Tak odpowiadam teraz rozumiem

Ale okno jest zamknięte
Przewidzieli wołanie
Zamknęli postawili straże
Gwoździe wyraźnie dumne
Ze swej roli kata

Nie myślę wiele już to za mną
Pęka szyba i skóra
Z pięści kapie krew
Pięść płacze wzruszona
Swą rolą wybawcy

Bluszcz podaje mi rękę
Poczciwy stary jegomość
Też zostałeś bohaterem mówię
A on ruszył liściem
Jakby kiwał głową

Pomaga mi zejść
Dotykam zakazanej ziemi
Stopą dłonią czołem ustami
Ale nie mam czasu
Jeszcze nie uciekłam

Muszę dotrzeć za mur
Za drugi jak w okopy
Uciekam z ziemi niczyjej
Bojąc się rozstrzelania
Za bunt i dezercję

Drzewo podpiera mnie
Gdy przesadzam mur
Zrywam jeden złoty listek
Przypinam agrafką do bluzki
Jak Virtuti Militari

Wita mnie obca ziemia
Życzliwa ciotka uchodźców
W pierwszej chwili toczę się
Z barku na bark na plecy
Patrząc w ziemię i dwa nieba

Wstaję i strzepuję proch
Ze stóp już się zadomowiły
Ta ziemia lepsza niż poprzednia
Kładę dłoń na murze
Wiem że to pożegnanie

I ruszam nową ziemią
Obca a już zadomowiona
Przypominam sobie dziwne słowo
Ojczyzna chyba tak brzmiało
Ojczyzna powtarzam głośno

Widzę oczy wlepione we mnie
Pytające chcesz bronić ojczyzny
Wygładzam dłonią listek
Chcę odpowiadam
Po to chyba ją znalazłam

Chodź z nami idę
Czuję że tak jak ja
Niedawno przeskoczyli mur
Znaleźli się w ojczyźnie
I już muszą jej bronić

Ojczyzna powtarzam jak dziecko
Wzywające matkę do kołyski
I nagle rozumiem że tak jest
Ojczyzna matka uczyła mnie chodzić
Bym przyszła do niej

Ruszam więc za braćmi
Nie mam wątpliwości że to
Bracia i siostry
Córki i synowie
Ojczyzny naszej matki

Nagle przechodzi mnie lęk
Kto zagraża matce
Pytam wylękniona
Kto śmie grozić ojczyźnie
Powtarzam wściekła

Lecz nie tak by
Nie osuszyć łzy
Braci i sióstr moich
To ci sami dranie mówią mi
Co oddzielili nas od niej murami

Mury zadrżałam
Teraz wszystko rozumiem
Ten gasnący ogień za oknem
Ta złota śmierć
To matka ojczyzna

To ona wołała o pomoc
To jej zmęczoną twarz
Widziałam w sercu
To dlatego ona krwawi
Jak jeszcze krwawi pięść

Ci dranie powtórzyłam
Ci dranie zginą
Uwolnimy ojczyznę
Jeśli nie po to jesteśmy
Śmierć na nas wszystkich

Spojrzałam wtedy w ich oczy
Błyszczące gorączką
Tą samą co moje własne
Rządzą krwi zemsty
Tą samą miłością do matki

Widziałam w tych oczach
Tak wielkich w pobladłych twarzach
Że rozumieją
I że uwolnimy ojczyznę
Matkę naszą z rąk zbójów

I jak staliśmy klękamy
Brzmią pełne gniewu przysięgi
Że uwolnimy matkę z rąk wroga
Nie uciekając przed śmiercią
I nie uginając karku

A słońce to marna świeca
Przy ogniu naszej wściekłości
Ogień przekujmy w pociski
Niech tym celniej wroga razi
I niech go spala do kości

Kujemy zapamiętale
Kujmy strzelajmy celnie
Dali mi karabin
Przyjęłam go jak matka dziecko
Ufna i gotowa na wszystko

Karmiłam żelazem wroga
Zawzięciej za każdym razem
Gdy brat padł lub siostra padła
Skrzywiona z bólu i nienawiści
W sercu mając ich razem z matką

Wreszcie cofam się
Zostawiając za sobą trupy
Te których widok mnie cieszy
Te których rozrywa mi serce
Lecz trupa ojczyzny nie widzę

Nie porzucili jej ciała
To znaczy nie umarła
Ach matko jęczysz w niewoli
Wołam zbolałym głosem
Ładując pocisk w karabin

Wtem słyszę wybuch
Bliższy niż każdy poprzedni
Sufit się sypie na głowę
Czołgam się w prochu
Krztusząc się nagłym przerażeniem

Widziałam jak padali
Moi bracis i siostry
A przecież ja jestem taka jak oni
Też przeskoczyłam mur by walczyć
Czemu więc mam żyć

Chce mi się śmiać
I płakać z rozpaczy naraz
Że żyję gdy oni umarli
Lecz nie umiem się śmiać
Nie mam czym płakać

Czołgam się tylko
Wiedząc że jestem robakiem
Muchą na ranie
Pamiętam jak pięść krwawiła
Teraz ojczyzna jest pięścią

Ojczyzna zbije szybę
I ucieknie z niewoli
Zostanie krew na drzewie
Ale będzie wolna
Już nie powróci za mury

Z tą myślą pełznę
Czując nagłą nadzieję
Wspominając złoty ogień
Rozumiejąc coraz lepiej
I coraz więcej akceptując

Aż pewnego dnia
Wyciągają rękę
Wierzę w cuda pamiętam bluszcz
Podał mi rękę i pomógł
Uciec w stronę ojczyzny

Wyciągają mnie spod gruzów
Mówią że to już koniec
Wojna się skończyła
Ojczyzna jest wolna
A wy bezpieczni

Widzę dwóch moich braci
Jest też jedna siostra
Kiedyś było nas wielu
Wielu złożyło przysięgę
Tylu nas zostało

Lecz czuję niepokój
Oto czerwony ogień
Nawet spalana korona
Nie czyni go złotym
Jaki być powinien

Gdzie matka gdzie ojczyzna
Pytam rozglądając się
Jeden z nich podchodzi
To ja mówi cedząc słowa
Ja jestem ojczyzna

Patrzę na braci i siostrę
Nie mówię z mocą
Ja cię znam byłeś za murem
To ty uwięziłeś matkę
To ty ją katowałeś

Chwycił mnie za gardło
Gdy trwałam niewzruszona
Ja jestem ojczyzną krzyknął
Oddaj mi hołd
Ja jestem ojczyzną

Spojrzałam na niego
Twarz czerwona pod wąsem
W oczach pogarda
Nie mówię beznamiętnie
O dziwo nie czując strachu

Nie oddam hołdu zbójowi
Który swą nieczystą rękę
Śmiał podnieść na moją matkę
Której my wszyscy ślubowaliśmy
Nie ugiąć karku przed wami

Już wleką mnie pod mur
Zakneblowali usta
By ani słowa prawdy
Nie uroniły przy nich
Bo błagać o litość nie będę

Stojąc tam jeszcze słucham
Jak siostra powtarza me słowa
Stawiają ją obok mnie
Uśmiecham się oczami
Bo usta zakneblowane

Wnet stoi przy nas brat
Widać że chce nas osłonić
Wychudzonymi rękami zagarnąć
Do jeszcze krwawiącej piersi
Utulić do snu wiecznego

Drugi brat stoi jak świeca
Wąsiasty podchodzi
Kto jest ojczyzną no kto
Ty odpowiada spokojnie
Tyś jest i ugina kark

Brat co stoi przy nas
Napina wściekle więzy
Jakby chciał się nań rzucić
Zdrajca zdaje się krzyczeć
A syn wyrodni milczy

Wąsiasty tego Judasza
Przygarnia ojcowskim gestem
Wysoko zajdziesz synu
Gdy ci do mogił się stoczą
I ziemia o nich zapomni

Lecz nie zapomni ojczyzna
Chcę krzyknąć gryząc knebel
Lecz słowa pełne prawdy
W tej zostają szmacie
Jak błoto z podłogi

I nagle ją widzę
Oto matka ojczyzna
Stoi przy nas i w płaszczu
Krwią strzępionym nas chowa
Matka swoje dziatki

Oto znalazłam ją wreszcie
Łzy do oczu się cisną
Szloch piersi rozrywa
Oto znalazłam cię matko
I pobiegłam do ciebie

Wołając cię po imieniu
Którego mnie nauczyłaś
I wiem że ty matko kochana
Odwiedzisz zapomnianą mogiłę
W której twych dzieci spoczęły kości


środa, 29 lipca 2015

Murder ballads

Ostatniej nocy nie mogłam zasnąć. Do tego stopnia, że o trzeciej nad ranem zabrałam się za pisanie wierszy. Napisałam aż dwa, ale dziś zaprezentuję tylko jeden. W końcu muszę mieć coś na sobotę.
Inspirowałam się tak zwanymi murder ballads, utworami opowiadającymi o zbrodni, najczęściej popełnioną przez podmiot liryczny. Z tym gatunkiem, powstałym w średniowieczu, zapoznałam się słuchając albumu Nicka Cave'a and The Bad Seed o tytule właśnie "Murder Ballads". Tę właśnie płytę przypomniałam sobie gdy leżałam w bardzo złym nastroju i nie mogłam zasnąć. A już jakiś czas temu chciałam napisać swoją własną balladę mordercy...



Deszcz cicho stuka o okna,
Łza cicho zrasza mi twarz,
Zawsze już będę samotna?
Czy Ty uczucie to znasz?

Deszcz cicho stuka o liście,
A wiatr zawodzi wśród drzew.
Zbierałeś serca na kiście,
Zostawał sam ból i gniew. 

Wino wciąż błyska w kielichu,
A obok tuż błyszczy nóż. 
Złamałeś Ty serc bez liku,
Bo w Twoim mieszkał już tchórz.

Pewnie nie jesteś więc w niebie,
Choć Cię też spotkało zło;
A ja piszę list do Ciebie
I piszę go Twoją krwią. 

sobota, 25 lipca 2015

Ameba w Nowym Jorku

Gdy uciekałam znad wody przez straszliwą wichurą, burzowymi chmurami i coraz głośniejszymi grzmotami, uświadomiłam sobie, jak człowiek jest bezbronny wobec sił natury. Niby obserwujemy planety odległe od nas o setki lat świetlnych, niby budujemy naprawdę imponujące budowle, niby "teleportacja" materii też jest już jest w naszym zasięgu. Tempo postępu nauki i technologii jest oszałamiające. Mimo wszystko, w skali kosmicznej ludzkość jest jak malutka ameba w Nowym Jorku.



Lubi się człowiek puszyć swoją siłą,
Lubi pokazać jak wszystkim włada,
Od niebios samych po psa sąsiada,
I chce by po jego myśli było. 

Umysł, co morskie fale ujeździł,
Potężną przeciw światu jest władzą,
Którego wszyscy ludzie się radzą,
Taką jest wielką skarbnicą wiedzy. 

Spryt, co wielu z kłopotów ratował,
Który wymyślne tworzy fortele,
Który dróg wyjścia wskazał tak wiele —
Nim właśnie szczyci się ludzki rodzaj. 

Jednak na próżno ogień w butelce
Zamknął, na próżno budowy wielkie
I próżno utrwalić ciało pięknie,
Ślad z nich zostanie jak po muszelce:

Sił natury poskromić się nie da,
Była przed nami i będzie po nas,
Kiedy już pychę naszą pokona,
Bo mali my dla niej niczym ameba. 

sobota, 18 lipca 2015

Rozmyślania nad brzegiem morza

Oprócz pisania wierszy, bardzo lubię też rozmyślać o różnych rzeczach. Wczoraj, podczas spaceru brzegiem morza, zaczęłam się zastanawiać nad ludźmi. O tym, że nasze ciało i umysł są na swój sposób ograniczone. Jakby tego mało, sami tworzymy sobie nowe ograniczenia, zazwyczaj pożyteczne, lecz jednak ograniczenia. Jest w tym coś pięknego, ale i przygnębiającego. Oprócz tego, lubimy mieć nad czymś kontrolę. I lubimy mieć coś, co jest oswojone. Postanowiłam napisać w najbardziej pasującej do tego formie. 



Chcemy oswajać
I lubimy posiadać,
Ale jesteśmy
Wszyscy ograniczeni. 
Morze wyrzuca 
Morskie trawy na brzegi,
Słońce zachodzi,
Ludzie zbierają trawy. 
Ja nie wiem, po co. 
Ludzie lubią posiadać,
Chcą być panami. 
Spójrz, otoczyli plażę,
Jak warowny fort,
Różnymi budynkami. 
Dzisiaj, w erze wolności,
Brak prawdziwej wolności. 
Wszyscy ograniczeni. 

sobota, 11 lipca 2015

Korowody

Od kilku godzin jestem w Grecji. Jak się okazało, w hotelu mamy internet, zatem mogę spokojnie czynić swoją powinność. 
Dzisiaj znowu inspiracje. Tym razem nie tyle poetą czy epoką, a konkretnym utworem. Oczywiście, chodzi o "Korowód" Marka Grechuty. Piosenkę tę usłyszałam pewnego dnia w radiu. Potem często słuchałam jej i analizowałam tekst. W końcu postanowiłam napisać coś, co prezentuję poniżej. Od biedy da się zaśpiewać



Czy wiesz, kto pierwszy skłamał,
A kto mógł mówić prawdę?
Kto pierwszy wrócił w ranach,
A kto miał dobrą tarczę?
Kto nocą wzniecił płomień,
Kto w pożarze zginął?
Kto widząc okrucieństwo
W zachwycie krzyknął: kino!

Siedzisz na gałęzi,
Jesteś taki młody,
Wciąż zaciskasz pięści
Widząc korowody,
Nie odrywasz wzroku,
Mnogość ich cię trwoży,
A każdego roku
Przybywają nowi. 

Kto pierwszy tłum poruszył,
Kto spisał konstytucję?
Czy ktoś pozostał głuchy,
Czy wspierał rewolucje?
Kto pierwszy pragnął wojny,
A kto był za pokojem?
A kto nie był spokojny,
Nim władzy nie miał swojej. 

Kto pierwszy był poetą,
Kto pierwszy został wieszczem?
A kogo w te pokoje
Nie zaproszono jeszcze?
I jak by świat wyglądał
Widziany oczami dziecka?
Czy też byłaby wojna,
Czy zmysłów ucieczka?

Siedzisz na gałęzi,
Jesteś taki młody,
Wciąż zaciskasz pięści
Widząc korowody,
Nie odrywasz wzroku,
Mnogość ich cię trwoży,
A każdego roku
Przybywają nowi. 

piątek, 10 lipca 2015

Radość życia

Zaraz dożyję tysięcznego wejścia na swojego bloga. Niby to niewiele, ale i tak — nie do wiary! W ciągu niecałych sześciu miesięcy mój blog gdzieś na świecie został wyświetlony tyle razy! Udało mi się, jak mam nadzieję, zdobyć grono czytelników w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Dziękuję. 
Z tej okazji dzisiaj nawet radosny wiersz, napisany któregoś jesiennego popołudnia w drodze na przystanek. Opowiada on o czerpaniu radości z drobnostek jak opadły liść i kałuża, a także o pewnym dniu, moich przeżyciach i przemyśleniach. Skąd (tytułowa, nawiasem mówiąc) wariatka? Ktokolwiek mnie tego dnia widział, niemal na pewno tak o mnie pomyślał. I nie ma w tym nic złego — podobno "tylko wariaci są coś warci".




Wariatka
Śmieje się do deszczu
Samotnej kropli
Widzi uśmiech Boga w kole
I Jego uśmiech w kwadracie
Jesienny liść podnosi z czułością
I umieszcza za uchem na wzór
Tropikalnego kwiatu

Wariatka śpiewa
Do melodii hamulców
I dzwonów tramwajów
Idąc samotnie miastem
Pod płaczącym niebem
Śmieje się do niego
I szepce mu wiersze na dobranoc

Wariatka bawi się szarością
Jak bawi się Bóg
Patrząc na nią z żeliwnej chmury
Jak zatrzymuje się nad kałużą
By móc Go odkryć
Przyłapać
Na podglądaniu żyjących

Wariatka uśmiecha się
Serdecznie nadstawiając policzek
I wyciągając rękę
Ze stokrotką zwiędłą
Podszytą różem i wstydem
Swej niepewności

Wariatka zachwyca się polnym kamieniem
Przytula drzewo
Wesoła jak hiena
Pozdrawia zmarłych bo wie
Że oni żyją
I że dziwią się cmentarzom
Pełnym smutku
Samotności

Ale czasem płacze
I rozumie skąd wzięła się samotność
Rozumie że przynieśli ją ludzie


Tylko nie wie po co.

wtorek, 7 lipca 2015

Wzdycham, bo wyjeżdżam

Dlaczego akurat we wtorek o wpółdo pierwszej? Powody są dwa. Po pierwsze, wen chyba wreszcie się obudził i stworzył coś co bardzo mi się podoba. I to tak, że chcę się tym pochwalić teraz, zaraz. Oprócz tego już teraz muszę poinformować Was o tym, że od piątku przez kolejne dwa tygodnie wybywam za granicę. Są wakacje, co sobie będę żałować. Nie mam jedynie pewności co do internetu w kwaterze, toteż może się zdarzyć że na ten czas po prostu zniknę. Zaś przed tym czeka mnie ostatnia prosta okołorekrutacyjnego szału oraz Armagedon związany z pakowaniem. Niestety. 


Cicho. Spokojnie. Swoim oddechem
Grzeją powietrze płonące grzechem. 
Cicho. Spokojnie. Śpią, przytuleni,
Nie widząc teraz teatru cieni. 
Cicho. Spokojnie. Usta czerwone
Cicho westchnęły znów, rozchylone. 
Cicho. Spokojnie. Miasto za oknem,
Oni, choć razem — każde samotne. 

sobota, 4 lipca 2015

Napiszę...

Uch, jak gorąco, uff, jak gorąco! Jakimś cudem jeszcze żyję i nawet jestem w stanie pisać. Dziś na obiad świeże mięsko, jeszcze z tego tygodnia. Znowu mnie wzięło na tęsknotę i liryczność... Taki wen, co poradzić. Wiersz to alegoria życia poety, nierzadko piszącego o czym, czego nie zna lub nie rozumie. Ze mną tak jest. Na przykład nie zaznałam wojny, szczęśliwa, a jednak wiele o niej już napisałam i pewnie jeszcze napiszę.



Napiszę o wolności pieśń,
Nie znając jej bardziej niż za pierwszym razem,
A gdy ktoś pozna tej pieśni treść,
Stanie przed ślepego malarza obrazem.

Napiszę pieśń o gwiazdach,
Nie widząc ich przez gęste, ciemne chmury,
Zbyt jasne są teraz światła miasta,
Zbyt wysokie wieży Babel mury.

Jedynie o szczęściu nie chcę pisać,
Choć to wydaje się takie proste;
Tu ujawnia się w moim sercu rysa,
Bo o to jedno jest ono zazdrosne.



sobota, 27 czerwca 2015

Nawet, gdybym...

Wena ma zwyczaj atakować znienacka. Po stoczeniu z nią krwawego boju mogę z pewną satysfakcją wreszcie zaprezentować coś, co nie trąci myszką. Co prawda widać, że muszę wrócić do formy, ale lepszy rydz niż nic. Na szczęście niemal wszystkie Szalenie Ważne Sprawy związane ze szkołą mam już załatwione (jeszcze tylko dostać się do wymarzonego liceum et voilà!), zatem spokojnie mogę rzucić się w wir pisania. Bardzo mi tego brakowało...
Ten nowy wiersz, właściwie wierszyk, porusza dość lekką tematykę. Coś w rodzaju kocham-nie kocham. I, co u mnie może być dziwne, nie jest wcale melodramatycznie. Odpowiadając na czyjś zarzut sprzed kilku miesięcy — owszem, umiem pisać na wesoło!



Nawet gdybym kochała,
No to co?
I nie byłabym sama,
No to co?
A ty miałbyś i fraczek,
No to co?
Jeśli mnie dziś zobaczysz,
No to co?

Kocha mnie już ktoś może,
No i co,
Lubi oczy jak noże
I mój śmiech?
Jeśli dałby mi kwiaty,
Wtedy co?
Pocałunku jest warty,
To nie grzech!




[Edit]: Z racji wakacji (ha, pacjentka rymuje, czyli będzie żyć!) zrobiłam mały porządek na blogu. Pierwsza zasadnicza zmiana jest następująca: od teraz po lewej stronie nie będzie listy blogów, tylko etykiety do których mniej więcej tematycznie poupychałam wiersze. Dzięki temu prawdopodobnie łatwiej będzie znaleźć dany utwór, ewentualnie coś na upragniony temat. Drugą, mniej ważną częścią Wielkich Porządków było poprawienie kilkunastu postów wizualnie. Dość często wstawiałam nowy post z telefonu, nie mając możliwości pokolorowania tekstu ani wyśrodkowania samego wiersza. O tym drugim zapomniałam też w niektórych starszych postach. Teraz już to poprawiłam. Chociaż nikt nie przyszedł na skargę, domyślam się, że moje osławione w kręgu rodziny i znajomych niechlujstwo mogło niektórych razić. Ostatnią zmianą jest opis bloga, którego zażądał mój wen. Miłego i bardziej słonecznego niż u mnie dnia!

sobota, 20 czerwca 2015

Radosny smutek i bonus

Teoretycznie dzisiaj radosny dzień. Czas świętować i bawić się. Nie przeczę, być może wieczór rzeczywiście taki będzie. Póki co jest na odwrót, póki co ręce opadają. Po prostu - życie. Plus tradycyjny brak weny/sił do pisania/tematu, tak więc nie mogę pochwalić się nowym wierszem. Za to znowu trochę rysuję, zatem wstawiam bonus w postaci rysunku!
Oto (jako chibi) Maedhros (jedna z moich ulubionych postaci wykreowanych przez J.R.R. Tolkiena. I tak, on nie ma prawej dłoni) w wielkopolskim stroju ludowym. Dlaczego tak? Bo rude jest piękne, tak samo jak ten strój. 
Wracając do tematu poezji, dziś kolejny stary wiersz. Pasujący do mojego nastroju. 



Czasem patrzysz w niebo,
Samotny wśród gwiazd,
One, te gwiazdy, cię strzegą
Wśród lasów i miast. 

Patrzysz w księżyc,
W jego twarz bezczelną
I chcesz wierzyć
Że jego oczy cię nie sięgną. 

Potem wstanie słońce,
Łuna pożaru wśród chmur. 
Ono będzie końcem
Obłudnych twych ról. 



Na koniec tylko drobne ogłoszenie. Postaram się udzielać regularnie, by Was nie dezorientować. Wybrałam termin sobotni, którego po wakacjach prawdopodobnie najłatwiej będzie mi dotrzymać. Rzecz jasna przez najbliższe dwa miesiące nowe wiersze mogą pojawiać się i w inne dni tygodnia, tak więc serdecznie zapraszam.